sobota, 14 maja 2016

Rozdział 18

- Antonina! Proszę już wstać!- ględzenie mojej mamy w końcu musiało mnie wyrwać ze snu, który zabrał mnie w świat wolnym od rozkazów, nakazów, nieuzasadnionych pretensji, a także bogatego w akceptację, której w rzeczywistości ogromnie mi brakowało. Spojrzałam na widniejącą godzinę na ekranie telefonu i momentalnie naszła mnie ochota na masowy mord. Kraina swobody była już poza moi zasięgiem, dlatego z niechęcią zwlekłam się z łóżka. - Antonina, proszę w tej chwili na śniadanie!
- No przecież idę!- warknęłam w odpowiedzi. Nie ma to jak rodzinka, która rozumie twoje potrzeby i liczy się z twoim zdaniem. I w jaki sposób miałabym mieć dobry humor, jak od białego rana starają się mi go zepsuć.

- No nareszcie. Ile można na ciebie czekać?- spytał tata.
- Nie musieliście, mogłam zjeść sama- burknęłam.
- Po pierwsze zmień ton. Po drugie usiądź jak należy, a nie się tak garbisz. Żaden mężczyzna cię nie zechce z takim garbem na plecach- upomniała rodzicielka.
- Facet nie, ale może kobieta- zaczęłam się na głos zastanawiać, wiedząc jak takie gadanie drażni obojga. Świadczył o tym dźwięk odkładanych sztućców.
- Antonina! Doskonale wiesz, że nie tolerujemy takich żartów.
- Żadnych innych też nie tolerujecie- prychnęłam.
- I czemu wczoraj nie pozwoliłaś pani Ani posprzątać u ciebie w pokoju.
- Bo jak słusznie zauważono to mój pokój i jeśli będę widziała konieczność posprzątania go to właśnie tak zrobię. Druga sprawa, mi bozia dała rączki więc chwycenie za szmatę mi nie urąga.

- Antonina przestań pyskować! Twój brat wieczorem przyjedzie z rodziną i do tego czasu proszę się zacząć zachowywać przyzwoicie. Nie rozumiem czemu nie chcesz wziąć z niego przykładu? Słuchał nas i patrz jak na tym dobrze wyszedł- dziwiła się matka.
- I znowu ten sam temat!- z trzaskiem odłożyłam szklankę.- Nasz syn jest takim ideałem, ale za to córka to kompletne dno. Przepraszam, że żyje i się nie chce zabić!- odsunęłam krzesło i nie chcąc wysłuchiwać tych wiecznych pretensji pobiegłam do swojego pokoju.
- Antonina proszę natychmiast wrócić!
Znowu to samo. Po raz kolejny miałam brać przykład z ich pierworodnego. Nie liczyli się ze mną. Nie chcieli patrzeć na mnie jak na odrębnego człowieka, a raczej wierną, młodszą kopię ich syna. Im bardziej do tego dążyli, tym częściej obiecywałam sobie, że nigdy nie będę jak on, że nie będę mieć z jego środowiskiem nic wspólnego.


   Nie wiem czemu zebrało mnie na wspomnienia. Myślami wracałam do przeszłości tylko wtedy, kiedy czułam się naprawdę źle. Dołowało mnie to jeszcze bardziej, aczkolwiek taki miałam mechanizm działania.
Po wyjściu Artura czułam dziwne odrętwienie, które towarzyszyło mi, gdy rodzina próbowała zmienić mnie w kogoś kim nie byłam. Pamiętałam wszystkie słowa kierowane w moją stronę, mające zachęcić mnie do stracenia własnej tożsamości. Największy mój zarzut przeciwko nim to, że nie potrafili mnie zaakceptować taką jaka byłam. Nie miałam zamiaru stać się szarą masą po to, żeby czekać na marną pochwałę, jak kundel na przekąskę, bo ładnie podał łapę. Co więcej, nie zamierzałam stać się kimś wielkim, godnym podziwu, zapamiętanym przez ludzkość, podążającym za sławą. Marzyłam o spokoju i akceptacji, co dla mojej rodziny było za mało ambitne, zbyt proste, zbyt niewymagające. Nie pasowałam do ludzi, którzy chcieli doścignąć niedoścignione. Zresztą fakt, jak łatwo wymazali mnie z życia mówił sam za siebie- nie potrzebowali mnie w swoim otoczeniu, nie mówiąc już o chwaleniu się mną. Pomimo, że śmiałam im się w twarz, zachowywałam tak jakby wszystkie te sytuacje spływały po mnie jak po kaczce, z każdym wypowiedzianym przez nich słowem narastał we mnie ból.
Identycznie czułam się w momencie, kiedy Szalpuk popędził do swojej wybranki. Był uskrzydlony i zmotywowany, jakby na świecie nie istniała ważniejsza sprawa. Przyjęłam wszystko ze spokojem, ale w duszy krzyczałam.Wiedziałam, że nie mam prawa mieć do niego żalu, jednak w myślach wyklinałam go za wszystkie czasy, wykrzykiwałam swoje pretensje.
Nie wiem ile siedziałam na twardej posadzce, oparta o ścianę. Skupiłam wszystkie myśli, siły i zmysły, aby pomagały mi cierpieć. Bo patrząc na drzwi, przez które wychodził czułam, że go straciłam na zawsze. Po policzku spłynęła pojedyncza łza. Zaskoczona wytarłam ją wierzchem dłoni, przyglądając się następnie wilgotnemu pasmu jakie zostawiła. Niespodziewanie wywołało to we mnie ogromną nienawiść. Wstałam, wpierw krzywiąc się z bólu, spowodowanego zdrętwiałymi kończynami. Obiecałam sobie, że już nie zapłaczę. Przyjmę wszystko, czym by to wszystko nie było.
   Mogłam próbować nie płakać, ale nie mogłam nie czekać aż wróci. Godziny mijały, a on się nie pojawiał. Nie byłam w stanie niczego przełknąć. Zamieniłam twardą podłogę, na miękką kanapę. Przełączałam bezmyślnie kanały, by zająć się czymkolwiek. Miałam nadzieję, że przyjdzie chociaż na noc. Niestety. Spędził ją u niej, co tylko potęgowało moje rozgoryczenie. Ona i on. Sami.

   Kilka dni później mój nieco melancholijny nastrój tylko ulegał pogorszeniu. Prawdziwe uczucia chowałam pod szerokim uśmiechem i grzecznymi pytaniami o nowy związek siatkarza. Nie miał szans zauważyć czegokolwiek. Nie, gdy wydawał się taki szczęśliwy. Mogłam mu to utrudniać. Mogłam próbować wszystko popsuć. Jednak nie potrafiłam się do tego zmusić. Skoro bycie z nią dawało mu tyle radości, postanowiłam trzymać język za zębami. Może i nawet by mi się udało dotrzymać tej obietnicy, gdyby nie jedno małe spotkanie...
- Cześć, przepraszam, że ci przeszkadzam. Mogłabym wejść?- spytała Hania, pojawiając się pewnego dnia w naszych drzwiach. Bez słowa zaprosiłam ją gestem dłoni do środka.
- Napijesz się czegoś? Artura nie ma. Ma trening czy coś, ale jeśli chcesz możesz na niego poczekać- poinformowałam ją. Żywiłam jednak głęboką nadzieję, że nie zostanie na długo. Jedno za co byłam im wdzięczna to to, że nie spędzali wspólnie czasu u nas. Cieszyłam się, że nie muszę na nich patrzeć.
- Wiem. Dobrze, że go nie ma. Chciałam porozmawiać z tobą- oznajmiła nieśmiało, siadając na kanapie. Uniosłam zaciekawiona brew, zajmując miejsce na przeciwko niej.
- Zatem, słucham- wzruszyłam niedbale ramionami. Na zewnątrz byłam opanowana. Jednak sam jej widok obudził we mnie całe pokłady czystej nienawiści. Obserwowałam każdy jej ruch. Miała nierówny oddech, splecione ze zdenerwowania dłonie, wzrok błądzący po ścianach. Była onieśmielona. Nie mogłam jej winić za to co się działo. To Artur za nią chodził, to on ją do siebie musiał przekonywać. Ona tylko została wybrana.
Mimo tych wszystkich argumentów, o których istnieniu wiedziałam, nie potrafiłam jej wybaczyć. W duszy jakiś głos nakazywał mi ją obwiniać, tłumacząc, że zawsze mogła odejść. Ten sam głos podpowiadał mi, że to moja szansa, by dokonać sabotażu.
- Jak wiesz jesteśmy razem... Z Arturem... i nie chcę, żebyś zzzrozumiała mnie źle- zaczęła się nieco jąkać.- Chciałam się spytać, bo wiem, że to jego dziecko... Czy to ci nie przeszkadza?- wydusiła z siebie to pytania z ledwością. Hormony zaczęły opanowywać mój organizm. Włączył mi się instynkt lwicy, która musi bronić tego co należy do niej.
- Między mną i Arturem nic nie ma- powiedziałam, ale nie potrafiłam na tym zakończyć.- Przespaliśmy się ze sobą dwa razy, to tyle.
- Dwa?- zdziwiła się.- A to nie było tak, że...- o ile wcześniej może i miałam jakieś hamulce, tak teraz domyślając się, ze zdradził jej sekret poczęcia postanowiłam trochę im namieszać.
- Tak pierwszy raz na imprezie, a drugi jak już razem mieszkaliśmy. Ale nie przejmuj się to tylko tak profilaktycznie, testowo, doświadczalnie- wytłumaczyłam, starając się brzmieć obojętnie, choć mój cel był oczywisty.
- Wiesz, może ja już pójdę- zaczęła się zbierać.- Dziękuję za poświęcony czas i przepraszam za kłopot.
- Nic nie szkodzi. Do zobaczenia- pożegnałam ją. Niemal od razu pognałam do okna, gdzie wypatrywałam swojej rywalki, by sprawdzić w jakim stanie opuszcza nasz blok. Po kilku sekundach wręcz wybiegła z klatki. Ocierała policzki. Płakała. Aż tak ją do dotknęło? Może przesadziłam? Zacisnęłam pięści. W miłości i na wojnie wszystkie ruchy dozwolone.
   Nie przemyślałam jednej rzeczy... Mianowicie, że dowie się o tym ktoś trzeci. Dokładniej rzecz biorąc Szalpuk. Wieczorem usłyszałam tylko trzask drzwiami. Nawet nie ściągnął kurtki. Stanął przede mną, zasłaniając mi telewizor. Skuliłam się na kanapie. Czułam się odrobinę tak jak dziecko, które wie, że coś przeskrobało i czeka na karę.
- Mogę wiedzieć co ty wyczyniasz?! Po cholerę jej mówiłaś o tym drugim razie! Wiesz ile musiałem ją przekonywać, żebyśmy dalej próbowali?! Co w ciebie wstąpiło?!
- Nie krzycz na mnie tak! Nie wiem co we mnie wstąpiło! Przepraszam!
- Raz mogłabyś powiedzieć prawdę! Przecież masz tego swojego fagasa to się go trzymaj!
- Przestań robić taki cyrk!
- Ja robię cyrk?! Ja?! Zastanów się nad sobą przez chwile! Jak chcesz mi coś powiedzieć to po prostu to zrób!- patrzył na mnie wyczekująco, ale nie odezwałam się ani słowem.- Jadę z Hanią na 3 dni na Mazury- oznajmił, trochę już się opanowując. Poszedł w pośpiechu pakować walizkę, a we mnie narastała panika. Jednak nie mogłam się poruszyć. Byłam w stanie tylko nasłuchiwać jak po kolei wrzuca do torby swoje rzeczy. Potem patrzyłam jak wychodzi. Nie mogłam opanować łez. Szloch narastał we mnie, aż w końcu był zbyt duży, bym mogła go stłamsić. To była moja ostatnia szansa. Jeśli go teraz nie zatrzymam, to stracę go na zawsze. Musiałam szybko podjąć decyzję. Przysięgam, że słyszałam dudnienie serca w piersi. Wzięłam głęboki wdech. Nie obchodziło mnie, że to wszystko powinno wyglądać inaczej. Miałam gdzieś, że był siatkarzem. Zależało mi na nim bardziej niż na kimkolwiek innym na tym świecie. Właściwie zależało mi tylko na nim. Wybrałam- nie mogłam go nigdzie puścić, musiałam walczyć. Nie zakładając nawet butów, wybiegłam z mieszkania, na schodach przeskakując po dwa/trzy stopnie. Gdy byłam na zewnątrz, moja twarz uderzył powiew zimnego wiatru. Gorączkowo rozglądałam się za Szalpukiem, bądź też jego autem. W końcu dostrzegłam go. Nie zważając na deszcz, pobiegłam w jego kierunku. Nie było odwrotu. Wsiadał do samochodu, ale zastygł w bezruchu, gdy mnie dostrzegł.
- Co ty robisz?!- warknął. Nie odpowiedziałam. Rzuciłam mu się na szyję, mocno się do niego tuląc.
- Proszę nie jedź- powiedziałam, wciąż płacząc.- Błagam, zostań. Nie chcę żebyś spędził z nią choćby jedną sekundę. Nie chcę żebyś ją dotykał, tulił albo całował. Proszę zostań, bo zwariuje bez ciebie- mówiąc to, cała się trzęsłam, kurczowo, trzymając się jego ciała. Objął mnie delikatnie w talii, co tylko napawało mnie nadzieją.
- Dlaczego chcesz, żebym został?- spytał.
- Bo cię kocham- powiedziałam szeptem. Nie sądziłam, że będzie mnie stać na takie wyznanie, a jednak. Wciąż przyciskając mnie do siebie zatrzasnął drzwi do samochodu, po chwili usłyszałam dźwięk zamykanych zamków. Przyciskając mnie do swojej piersi, zaniósł mnie na górę. Nie chciałam się odrywać od niego ani na moment i tak naprawdę nie musiałam. Zasypiałam wtulona w jego tors, kiedy to całował mnie w czubek głowy raz po raz.
- I co ci przyszło do głowy, żeby biec w taki deszcz w samych skarpetkach?- spytał po jakimś czasie. Parsknęłam śmiechem.- Zdradzę ci sekret- wyszeptał mi na ucho.- Ja ciebie też.
***
Powróciłam ! Maturki skończone xd Teraz tylko czekać na wyniki, a potem można płakać :P
Dwa tygodnie bez bloga to jakiś koszmar. Nie polecam ;)

sobota, 30 kwietnia 2016

Rozdział 17

   Minęłam się z powołaniem. Powinnam była zostać aktorką. Odkryliby we mnie ogromny talent i zrobiłabym wielką karierę niczym Angelina Jolie.
Szalpuk tak jak przewidywali panowie był nieswój. Ignorował swoją partnerkę, skupiając się albo na nas albo na bliżej nieokreślonym obiekcie. Ciężko było z nim rozmawiać. Nawet podjęcie próby konwersacji było dla reszty grupy nie lada wyzwaniem. Szalpuk zacisnął mocno szczękę, przez co jego twarz przestała przypominać jedną z tych przyjaznych. Przyznaję miałam w tym swój skromny udział. Błażej świetnie okazywał subtelne, aczkolwiek widoczne zainteresowanie, nie zwracają przy tym uwagi na pozostałą dwójkę.
Film obejrzeliśmy bez większych sensacji. W powietrzu wisiało napięcie, skrępowanie pomieszane z odrobiną złości. Powinnam była wpasować się w te scenerie i odczuwać pewien dyskomfort. Natomiast ja czułam się jak pani sytuacji- to ja rozdawałam karty, to ja miałam nad resztą przewagę, to ja byłam przyczyną tego sporu. Siatkarz mimo usilnych starań, pokazał swoją głęboką zazdrość. Uśmiechałam się pod nosem, widząc jak działa na niego obecność innego mężczyzny u mojego boku. Czułam się trochę tak jakby zaraz dwóch osobników miało podjąć walkę o moje względy i takie wyobrażenie tego wieczoru mi się podobało.
Po seansie podchwycono pomysł, aby pójść jeszcze na deser, a może i owocowy koktajl zważywszy na mój stan. O ile wcześniej spotkanie było nawet znośne, tak po zajęciu miejsc i złożeniu zamówień atmosfera uległa zlodowaceniu. Przynajmniej jeśli chodzi o wzajemne stosunki moich kompanów, gdyż ja dawno nie byłam tak nakręcona. Pozwalałam, by Błażej odgrywał rolę zakochanego kundla, w czym chętnie mu pomagałam. A to uczepiłam się dłużej jego ramienia, później pogładziłam go delikatnie po policzku, uśmiechałam się szeroko, kiedy zakładał mi pasmo włosów za ucho.
- A właściwie jak się poznaliście?- próbowała nawiązać jakąkolwiek rozmowę Hania, gdy przyjmujący nie dawał się wciągać w dłuższą wymianę zdań.
- Właściwie to poznaliśmy się niedawno- wyjaśnił Błażej.- W restauracji, w której pracowała Tosia.
- Konkretnie wtedy, kiedy byliście z Arturem na kawie. Nudziło mi się i postanowiłam odwiedzić stare kąty. I dobrze zrobiłam- zaśmiałam się, rzucając lubieżne spojrzenie swojemu wspólnikowi. Spojrzałam następnie kątem oka na Szalpuka, który zacisnął ręce w pięści, starając się trzymać nerwy na wodzy. Był o krok od wybuchu, widząc moje poczynania.
- Pracujesz w restauracji? Jako kucharz?- dziewczyna dramatycznie starała się podtrzymać konwersację.
- Chwilowo tak.
- Chwilowo?
- Jestem zatrudniony w agencji pracy tymczasowej. Teraz pracuje w restauracji, ale kiedy Tosia tam wróci, znajdą mi coś innego.
- Agencja pracy tymczasowej?- upewnił się Artur z odrobiną kpiny w głosie.
- Tak- odpowiedział Błażej, patrząc mu prosto w oczy.- Lubię tak pracować. Wiele się można nauczyć, spotkać mnóstwo ludzi, zbierać ciekawe doświadczenia. Odpowiada mi to.
- Jakiś ty odważny- uśmiechnął się siatkarz złośliwie.
- A ty subtelny- odgryzł się Błażej.
- Przynajmniej szczery.
- Błagam cię...- zaśmiał się w twarz siatkarzowi.
- Wiecie co ja już muszę iść, zapomniałam, że mam jeszcze ważną rzecz do załatwienia- Hania spanikowana wstała. Nawet zrobiło mi się jej szkoda. Ale to była wojna. Nie mogłam okazać litości.
- Odwiozę cię.
- Nie, nie trzeba. Poradzę sobie. Cześć, wam. Miło było poznać- pożegnała się i szybkim krokiem opuściła nasz stolik.
- My też się już będziemy zbierać. Błażej ma jutro wcześniej być w pracy, więc zobaczymy się w domu- uśmiechnęłam się ja gdyby nigdy nic do siatkarza i razem z nowo poznanym kolegą, zostawiliśmy Szalpuka samego.
   Triumfowałam. Mimo swojego bezczelnego zachowania nie mogłam nie cieszyć się z przebiegu spotkania. Odchodząc, odwróciłam się, by spojrzeć na Artura. Został sam... Zrezygnowany...Bijący się z myślami... Ale przede wszystkim, cholernie wkurwiony. Czemu tu się dziwić, wyprowadzanie z równowagi jego osoby, szło mi najlepiej ze wszystkich możliwych rzeczy do robienia na tym świecie.
- Przepraszam za niego. Normalnie nie czepia się tak ludzi.
- Nie dziwię mu się- wzruszył ramionami Błażej, otwierając mi drzwi do samochodu. Delikatnym uśmiechem podziękowałam, wsiadając do auta i czekając na chłopaka.
- Dlaczego mu się nie dziwisz?- spytałam, gdy już siedział za kierownicą.
- Bliskie relacje ludzi opierają się na delikatnych fundamentach. Właściwie są jak domek z kart.
- Nie powinno być na odwrót? Bliskie relacje nie powinny być stabilne i silne?
- Nie, stabilne i sile są uczucia. Relacje to inna sprawa. Zależy mu na tobie i to jest silne uczucie, aczkolwiek wystarczyło, żebyś pojawiła się z kimś innym i zaczyna wariować.
- Ale pod mój blok to w drugą stronę- zaprotestowałam, widząc jaki kierunek obiera.
- Jeszcze się trochę powłóczymy. Niech teraz on zachodzi w głowę co robisz- powiedział, puszczając mi oczko.
- Racja!- ucieszyłam się.- Zasłużył sobie- prychnęłam.
- Pojeździmy trochę po mieście i obiecuję, odstawić cię do domu.
   Jak powiedział tak też i zrobił. Po troszkę ponad pół godziny, zaparkował auto na moim osiedlu. Przez ten czas  nie rozmawialiśmy już o siatkarzu, co nie oznacza, iż brakowało nam tematów do rozmów. Błażej był porządnym chłopakiem. W moich oczach widniał jako niepoprawny marzyciel. Podziwiałam jego upór w dążeniu do celu, bez pakowania się w kłopoty. Pracowitość i uczciwość były godna pozazdroszczenia. Przeszło mi przez myśl nie raz ani nie dwa, że gdyby na drodze nie stał Szalpuk, nowy znajomy byłby idealnym kandydatem, by się wokół niego zakręcić. Jednak serce nie sługa. Choćbym chciała, nie mogłabym sobie go wpoić, niczym jakiś wilczek.
- Dziękuje za towarzystwo. Było mi bardzo miło- przyznałam, chcąc pożegnać się z chłopakiem tuż pod moją klatką.
- Nie ma sprawy, ale raczej nie będziesz mogła na mnie liczyć następnym razem- wyznał przepraszającym tonem.
- Coś zrobiłam nie tak?
- Nie, nie, nie!- zaprzeczył od razu.- Po prostu super mi się spędzało z tobą czas. Z przykrością muszę przyznać, że spodobałaś mi się.
- Nie wiem co ci powiedzieć...
- Nic nie musisz mówić. Do zobaczenia- uśmiechnął się na pożegnanie, wsiadł do samochodu i po chwili zniknął mi z oczu. Stałam jeszcze dobre kilka minut pod blokiem nim weszłam do środka. Nie brałam pod uwagi takiej opcji. Prawdę powiedziawszy nie sądziłam, że z brzuchem i na dodatek bądź co bądź z zajętym sercem, mogę zawładnąć facetem do tego stopnia, w którym nie chce się ze mną spotykać ze strachu przed zadurzeniem się w mojej skromniej osobie. Po tym wieczorze spodziewałam się wielu rzeczy, ale w żadnym scenariuszu nie przewidziałam takiego obrotu spraw.
Wciąż nieco zaskoczona, weszłam do mieszkania, w którym panowała cisza jak makiem zasiał. W pokoju Szalpuka świeciła się lampka nocna, potwierdzająca jego obecność. Poczułam zawód. W głębi duszy, po powrocie liczyłam na jakąś małą konfrontację.
   Rankiem już nic nie było tak bajeczne jak poprzedniego dnia. Trochę się ociągałam ze wstaniem, ze względu na fakt, iż nie byłam pewna jakiej reakcji na wydarzenia ubiegłego wieczoru, mogę spodziewać się po siatkarzu.
- O, ty już wychodzisz- zauważyłam, kiedy tylko opuściłam swoją jaskinię.
- Tak, na trening się śpieszę. Posłuchaj przepraszam za wczoraj. Nie powinienem był się tak zachować w stosunku do Błażeja. Przeproś go ode mnie. I dzisiaj będę później. Pojadę do Hani z kwiatami na przeprosiny, a najlepiej to chyba z bukietem i czekoladkami. Nawaliłem, ale myślę, że da się to jakoś odkręcić. No to cześć- pożegnał się szybko i wyszedł, zostawiając mnie samą.
Oparłam się plecami o ścianę. Przymknęłam oczy, mając nadzieję, że to tylko zły sen. A ja jeszcze chwilę temu czułam się panią sytuacji. Zaśmiałam się cicho na myśl o swojej naiwności. Bolało.
***
Jednak udało się napisać, ale przezornie informuję, że za tydzień ( o ile przeżyję), w sobotę ze względy na matury rozdział może się nie pojawić.
Ten natomiast dedykuję pieprzonemu cke, dzięki któremu w środę będę  w domu po godzinie 17.
R.I.P. maturzyści...

sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział 16

    Tego wieczoru nie umiałam znaleźć sobie miejsca. Po rozmowie z siatkarzem chodziłam od kąta w kąt. Nie sądziłam, że jego spotkania z inną dziewczyną, aż tak bardzo mnie zabolą. Przecież nie planowałam, żeby coś między nami się zmieniło. Wprowadzając się do niego myślałam, że wszystko zostanie tak jak było. Wtedy dałabym sobie głowę uciąć, że wciąż pozostanie dla mnie tym samym irytującym, wyprowadzającym mnie z równowagi siatkarzem, którego poznałam. Jakim cudem  udało mu się to zmienić? Popełniłam błąd. Pozwoliłam ponownie się uwiązać. Może i wcześniej był dla mnie nikim. Jednak wtedy byłam zamknięta na wszystko i wszystkich. Mogłam z ludźmi rozmawiać, poznawać ich, ale nigdy dopuszczać zbyt blisko siebie. Odgrodziłam się wysokimi murami od otaczającej mnie rzeczywistości. Byłam w stanie w niej funkcjonować, ale ona nie mogła mną zawładnąć. Teraz wpadłam w jej zasadzkę. Popełniłam najgorszy z możliwych błędów- pozwoliłam sobie, by ktoś mnie poznał, by uniezależnił mnie od siebie. Wcześniej miałam pod górkę, ale zawsze SAMA znajdowałam wyjście z sytuacji. Jak ciężko nie było, miałam siebie. Aczkolwiek moja samowystarczalna, zaradna strona odeszła. Nie wiedziałam jak poradzić sobie z kompletnie nowym, wcześniej nie znanym mi osobiście problemem.
Właśnie tak, Antonino. W końcu przyszedł ten czas, kiedy miałaś okazję poznać gorzki smak zazdrości. Kąciki ust delikatnie wykrzywiły się w coś na kształt uśmiechu. Śmiałam się z ludzi, którzy wpadali w zasadzkę własnych uczuć. Dziwiłam się, dlaczego skoro cierpią, nie są w stanie ich po prostu kontrolować, trzymać na wodzy, bądź też uciszyć. Los zaśmiał mi się w twarz czyniąc mnie zakładnikiem własnych doznań. Byłam w szoku. Uczucia i emocje, którym przez wiele lat nie dałam dojść do głosu, atakowały mnie wszystkie na raz. Im bardziej się opierałam, tym mocniej na mnie oddziaływały. Nie miałam pojęcia jak na nimi zapanować.
Zaczęłam rozumieć, po co ludziom przyjaciele. Gdybym takowych miała mogłabym pójść i się wyżalić. Na samą myśl zaniosłam się śmiechem. Tak bardzo broniłam się przed bliskością z drugim człowiekiem, podporządkowując sobie ku temu wszystkie swoje działania, a teraz okazuje się, że jedyne co robiłam to wbijałam sobie nóż w plecy. Było mi samej tak dobrze... Dlaczego tak nie mogło zostać?
- Już jestem- usłyszałam głos Szalpuka, który wydawał się być cały w skowronkach.- Jak się czujesz?- spytał nieco poważniejąc.
- Dobrze- wzruszyłam ramionami, wciąż wpatrując się w telewizor.
- Jestem wykończony- opadł na kanapę tuż obok mnie.
- Jak było na spotkaniu?- udałam zainteresowanie. Na moje słowa siatkarz zaczął wiercić się na kanapie.
- W porządku- odpowiedział ostrożnie, wyraźnie unikając mojego spojrzenia.
- Co ci jest?
- Nic... Tylko... Bo wiesz...- wyraźnie nie wiedział jak zacząć.
- Podoba ci się?- zamarł słysząc moje pytanie.
- Może trochę... Tylko bo my... Bo niby ten, ale ta noc...- miotał się coraz bardziej. Miał wyrzuty sumienia. Wolałby, żeby tamto się nie wydarzyło. Teraz mógłby bez poczucia winy, zarywać do tej lafiryndy. W tamtym momencie był jak otwarta księga- wszystko mogłam wyczytać z jego twarzy.
- Nie przejmuj się tym- przerwałam mu.- Umówiliśmy się, że między nami nic więc między nami nic- nawet nie zdawał sobie sprawy jak trudno przyszło mi wyśmiać jego obawy, jak ciężko było mi wypowiedzieć to swobodnie, jak z każdym słowem, które wychodziło z jego ust moje serce umierało.
- Na serio?- zdziwił się.
- Serio. Więc masz drogę wolną i może lepiej skończmy ten temat, bo zaczyna się robić jakoś dziwnie.
- Może moglibyśmy, kiedyś pójść gdzieś w trójkę?
- W trójkę?
- Będzie fajnie!- przekonywał mnie.
- Pewnie, czemu nie?- zaśmiałam się sarkastycznie, a on zachwycony swoim nowym pomysłem, nawet tego nie wyczul.- Ja już pójdę spać. Trochę jestem zmęczona- musiałam się jakoś ratować. Jeszcze chwila i albo bym go zabiła, albo zaczęła ryczeć. Żadna z tych opcji nie wchodziła w grę.
   Następnego dnia czułam się jeszcze gorzej niż dnia poprzedniego. Po zjedzeniu śniadania, w czasie którego tylko lustrowałam wzrokiem Artura, który był cały czas wgapiony w telefon, nie wytrzymałam. Musiałam wyjść i wyrzucić komuś moje złości.
- Idę do restauracji, odwiedzić chłopaków- oznajmiłam.
- Aha- usłyszałam tylko w odpowiedzi. Pokiwałam ze zrozumieniem głową i opuściłam tę jaskinie zakochanego kundla. Byłam tak bardzo wściekła, że chyba pobiłam rekord jeśli chodzi o drogę do pracy.
- Witam was panowie!- niemalże krzyknęłam, wchodząc do kuchni od strony zaplecza.
- O, patrzcie kto nas odwiedził!- zaśmiał się Henio. Jednak widząc moją minę, kiedy to usiadłam na krześle naprzeciwko niego, rzucając przy okazji torbę o ziemię, uśmiech zszedł mu z twarzy.- Aha, problemy w raju!
- Nie ma żadnych problemów w raju bo ten raj nie istnieje!- zaprotestowałam.
- Czyżby gołąbeczki się pokłóciły?- usłyszałam naszego kelnera.
- Krzysiu, jakie do jasnej cholery gołąbeczki? Macie coś słodkiego?- spytałam rozżalona.
- Ciasto czekoladowe i ogórki kiszone proszę bardzo- kucharz postawił mój tradycyjny zestaw depresyjny.
- O, pamiętałeś!- zachwyciłam się i od razu zabrałam się za konsumowanie. Kiedy już skończyłam z deserem i chwyciłam się za ogórki, przyszedł mi sms.- No ja go kurwa, kiedyś zabije!- poskarżyłam się.
- No to opowiadaj- zachęcił mnie szef kuchni.
- Wyobraźcie sobie, że spotkał jakąś starą koleżankę- prychnęłam.- I teraz nic nie robi od samego rana tylko patrzy w telefon i pisze z ta wywłoką! A! Zapomniałabym! Uznał za wspaniały pomysł, żebyśmy się w trójkę gdzieś wybrali! Na przykład do kina, dzisiaj- wskazałam palcem na swój telefon, gdzie wciąż widniała wiadomość od siatkarza.
- Nie pasuje ci ta dziewczyna?
- Żebyś wiedział, że mi nie pasuje- odpowiedziałam z pełną buzią.
- To weź kogoś na to spotkanie- doszedł mnie zza pleców odgłos zupełnie nieznany. Powoli odwróciłam się i moim oczom ukazał się dość przystojny, ale jakże wysportowany mężczyzna.
- To jest...-  zaczął Henio, ale nie dane mu było skończyć.
- Błażej- przedstawił się, wyciągając do mnie rękę. Ostrożnie ją uścisnęłam, chcąc zapaść się pod ziemię.- Przyszedłem z agencji pracy tymczasowej na twoje miejsce.
- Tośka. Przepraszam nie zauważyłam cię.
- Nic nie szkodzi- zaśmiał się.
- No właśnie szkodzi! Jadłam ciasto, zagryzając ogórkiem, nie dbając przy tym o jakieś resztki manier. Ale wróćmy do twojego pomysłu.
- Jeśli weźmiesz kogoś ze sobą albo ten koleś oszaleje, a jeśli nie to przynajmniej nie będziesz się czuła jak piąte koło u wozu- wzruszył ramionami.
- To całkiem dobry plan- przyznałam.- Ale nie dostrzegasz jednej malutkiej rzeczy. Tego- wskazałam na swój już dobrze widoczny brzuch.- Umiem wyrywać facetów. Naprawdę!- zapewniłam.- Ale na to nikt nie leci.
- Weź nowego- zaproponował Krzysiek, a reszta natychmiast poparła jego pomysł.
- Nie, nie musisz...
- To żaden problem. Jak się umawiamy?- spytał, a ja nie mając lepszych opcji, zgodziłam się na wszystko.
- O 19 30 tutaj? Ja tu jeszcze trochę posiedzę póki ten kretyn nie ruszy się na trening.
- No to jesteśmy umówieni- uśmiechnął się do mnie i wrócił do sowich obowiązków.
- Jesteś jeszcze głodna?- spytał Adam- szef kuchni. Popatrzyłam na niego z politowaniem.- A no tak, zapomniałem. Ciąża i te sprawy, zawsze jesteś głodna- powiedział, recytując z pamięci frazę, którą już wielokrotnie ode mnie usłyszał, a ja pokiwałam głową.- Zrobię ci coś dobrego.
- Dziękuje- powiedziałam przepełniona wdzięcznością i miłością do ludzi, którzy mieli ochotę mnie karmić.

   Wieczorem zgodnie z planem, wystrojona czekałam na Błażeja pod restauracją. Nie byłam już tak bardzo przerażona, tym całym "genialnym" pomysłem Szalpuka. Nawet byłam odrobinę ciekawa jak wygląda ta dziewczyna. Jednak moje myśli zajęły się kimś innym. Kimś ubranym w idealnie dopasowaną koszulę, podkreślającą idealnie wyrzeźbione mięśnie. Od tego idealnego ciała udało mi się odwrócić wzrok dopiero, kiedy owy osobnik założył płaszcz, zasłaniający- powtórzę po raz kolejny- idealnie wyrzeźbione ciało. Jeden z nielicznych momentów, w którym brakowało mi słów.
- Cześć, przepraszam za spóźnienie, ale musiałem jeszcze coś tu załatwić.
- Nie ma sprawy- machnęłam ręką, dziękując samej sobie, że postanowiłam się jako tako prezentować i poświęciłam swojemu wyglądowi więcej czasu niż zazwyczaj.
- To co idziemy? Zaparkowałem tam dalej.
- W takim razie chodźmy- chwyciłam go za ramię, wciąż nie mogąc przestać myśleć o jego- jak zapewne się domyślacie- idealnym ciele.
Drogę do kina zleciała nam na rozmowie. Nawet się nie obejrzałam, a już trzeba było wysiadać i iść na spotkanie z moim współlokatorem i jego piękną godzillą.  Ale byłam tym faktem już nieco mniej zmartwiona niż wtedy, kiedy się o tym spotkaniu dowiedziałam. Na umówionym miejscu, czekał już Szalpuk zajęty rozmową zapewne ze swoją wybranką. Gdy tylko mnie zobaczył na jego twarzy pojawił się szok.
- Cześć!- przywitałam się wesoło.- Jestem Tośka- wyciągnęłam rękę do swojej konkurentki.- Proszę poznajcie to jest Błażej. Pomyślałam, że czemu nie spotkać się w czwórkę- wzruszyłam ramionami z uśmiechem. Zapowiadał się ciekawy wieczór...
***
Moje ukochane,
W związku z tym, że za troszkę ponad tydzień pierwsze egzaminy maturalne nie wiem, czy nastepny rozdział pojawi się za tydzień, czy też za dwa. Oczywiście postaram się, aby tak było, ale nie dziwcie się jeśli nie uda mi się nic dodać.
Dziękuje za liczne komentarze pod ostatnim rozdziałem :)
Mam nadzieję, że do następnej soboty <3
Ps; Kochane Anonimy, proszę podpisujcie się, aby w jakikolwiek sposób można Was było można rozróżnić <3

sobota, 16 kwietnia 2016

Rozdział 15

   Wpadłam w swój mały letarg. Rankiem nie miałam ochoty podnieść się z łóżka. Na dodatek powinnam iść na zajęcia w szkole rodzenia, ale myśl o przekroczeniu progu mieszkania napawała mnie przerażeniem. Wielu pewnie się zastanawia, czy aż tak bardzo można bać się swojej rodziny, bądź co ona takiego mogła zrobić. To nie tak, że bili mnie do nieprzytomności. Nie trzeba znęcać się fizycznie, by kogoś zniszczyć. Najsmutniejsze jest to, że istnieje możliwość, iż w dalszym ciągu nie są świadomi krzywdy jaką mi wyrządzili. Wystarczyło, że ja pamiętałam i nie zamierzałam zapomnieć. Trzymałam w sobie urazę jakbym nie mogła bez niej żyć, aż w końcu stała się nieodłączną częścią mnie. Mogłam zachować się wspaniałomyślnie, stanąć w progu rodzinnego domu i przebaczyć. Jednak byłoby to nieszczere, pokazałoby im, że mieli rację, a mnie ponownie z dnia na dzień zabijało. Wystarczyło, że stare wspomnienia przysparzały cierpienia. Nie potrzebowałam nowych, być może jeszcze bardziej dotkliwszych. Nie wierzyłam w ich przemianę. Ludzie się nie zmieniają. Po jakimś czasie po prostu przestają walczyć ze swoją naturą.
- Tosia? Dobrze się czujesz? Może ci czegoś potrzeba?- w mojej sypialni po raz kolejny tego dnia pojawił się siatkarz.
- Wszystko mam, dziękuję- opowiedziałam zachrypniętym głosem. Na moje słowa zareagował głośny westchnięciem. Dla niego to również było trudne. Jeszcze nigdy nie widział mnie w takim stanie. Szczerze powiedziawszy nie zazdrościłam mu położenia. Sama ze sobą momentami nie mogłam wytrzymać. Kiedy byłam wredna, rozwrzeszczana i pyskata doskonale sobie ze mną radził. Teraz przyszło mu się zmierzyć z Antoniną milczącą, patrzącą w jeden punkt i nie mającej chęci do życia. No cóż... Wszystko kiedyś wraca i nic nie przestaje boleć. Czasem można tylko ignorować źródło cierpienia, ale kiedy udaje mu się przebić przez wszystkie bariery, kładzie człowieka na łopatki.
- Nie mogę patrzeć na ciebie taką...- położył się obok mnie.
- Przejdzie mi- zapewniłam, ale w tamtym momencie rana była zbyt świeża, bym mogła udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku, a ja cichutko pociągnęłam nosem.
- Ej...- przytulił mnie do siebie. Choć ciężko to przyznać, to przyniosło mi to ulgę. Cieszyłam się, że nie może dostrzec wyrazu mojej twarzy. Za dużo mógł w tamtej chwili z niej wyczytać.- Co oni ci zrobili...
- Tłamsili mnie co dnia. Wystarczyło- wyjaśniłam krótko. Nie chciałam się zwierzać. Nie mógł poznać prawdy. Nie mógł tej prawdy znać żaden siatkarz.
- Powiesz mi kiedyś prawdę?- spytał. Nie odpowiedziałam. Nie mogłam mu jej zdradzić, ale również nie mogłam go skłamać, podsycając w nim pokłady złudnej nadziei.- Idę na trening, nic ci nie będzie?
- Pozbieram się- obiecałam. Siatkarz uspokojony moimi słowami, odkleił się ode mnie i zaczął zbierać do wyjścia. Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły pozwoliłam sobie na kilka ostatnich łez. Musiałam się wziąć w garść.
Otarłam jedną ręką mokre policzki, a drugą odrzuciłam kołdrę. Nie mogłam im dać ponownie wygrać. Z tą myślą uczesałam włosy, przemyłam twarz zimną wodą i nałożyłam ciuchy, w których nie wyglądałam jak lump spod biedronki, do której zamierzałam się wybrać.
- O, witam cię dziecko- los chciał, że kiedy wychodziłam z mieszkania, musiałam się natknąć na moją "ukochaną" sąsiadkę. Czy ona naprawdę musiała się do mnie tak uśmiechać? Przecież ślepy dostrzegł, by w tym geście fałsz i dwulicowość.
- Dzień dobry- burknęłam.
- Nie wiesz co się dzieje z moimi kwiatami? Może zauważyłaś coś podejrzanego?
- Coś podejrzanego?- udałam głupią.
- To czwarty, którego tutaj sadzę. Poprzednie trzy w dziwnych okolicznościach, z dnia na dzień więdły- tłumaczyła stale, wykrzywiając usta do góry, ale z oczu biła jej nienawiść. Domyślała się.
- Przykro mi. Nie znam się. Może to po prostu nie jest miejsce dla nich?- wzruszyłam ramionami i nie czekając na odpowiedź udałam się do wcześniej wyznaczonego celu. Pomyślałam, że może spróbuję ugotować coś w miarę zjadliwego i przygotować jakiś wymyślny deser. Musiałam się jakoś odwdzięczyć. Miałam wyrzuty sumienia, że siatkarz musi się mną tak ciągle zajmować. Nie był moim chłopakiem. Ustaliliśmy, że takie coś nie może między nami zaistnieć. Dlatego postanowiłam jakoś zrekompensować mu poświęcony mi czas, bez powiedzenia tego wprost. Wyszłam z trzema siatkami samych niezbędnych produktów. Pewnie zakupy zmieściłyby się do dwóch, a jeśli być upartym nawet do jednej, gdybym nie przechodziła przez alejkę ze słodyczami.
- Mówiłem, że to nie koniec- przed samym wejściem do klatki, zatrzymał mnie głos Markusa. Zatrzymałam się sparaliżowana dźwiękiem jego głosu. Wzięłam głęboki wdech i odwróciłam się w jego stronę. Nie było sensu uciekać, złapałby mnie w pół kroku. Nie miałam siły krzyczeć o pomoc. Gdyby chciał mi coś zrobić zdążyłby, z potem uciekł nim ktokolwiek, by do mnie dotarł. Metodą eliminacji pozostała mi tylko konfrontacja twarzą w twarz.- Nie spodziewałaś się mnie, co?- podchodził do mnie powoli, niczym przyczajony kot.
- Masz rację. Nie spodziewałam się- odpowiedziałam zachowując wszelki spokój.- Właściwie to już zdążyłam o tobie zapomnieć- wzruszyłam ramionami, a on zaśmiał się na moje słowa.
- Dobre. Ja zapomniałem, że masz cięty język. Przynajmniej miałaś kiedy się poznaliśmy.
- Cóż... Skutecznie próbowałeś mi go utemperować. Po co przyszedłeś?
- Mamy niezakończone sprawy.
- Nie mamy już żadnych spraw.
- Czyżby?- spytał groźnie.- A my?
- Jacy my? Nie ma i nie było żadnych nas. Od początku tobie chodziło o seks, mi o przeżycie. Od początku...
- Od początku chciałem się tobą zaopiekować- przerwał mi, a ton jego głosu sprawił, że cofnęłam się o dwa kroki.- A ty mnie tak po prostu zostawiłaś- rzucił z pogardą.
- Pobijesz mnie nawet wiedząc, że jestem w ciąży?- spytałam z niedowierzaniem, co zbiło go z tropu. Odważyłam się spojrzeć wprost w jego zaczerwienione oczy. Był na głodzie. Złapał się za głowę i zaczął nerwowo chodzić w tę i z powrotem, co jaki czas mówiąc coś pod nosem do siebie.
- Nie powinnaś była odchodzić. Wszystko było w jak najlepszym porządku- bronił się i uniósł pięść, ale po kilku sekundach opuścił ją. Widziałam jak ze sobą walczy. Widziałam jak mocno cierpi. Jak bije się z myślami.- Aaaa!- wrzasnął, oddychając głęboko. Nie mogłam się poruszyć. Nie chciałam go niczym sprowokować. W końcu po kilku minutach zdruzgotany pobiegł w kierunku, z którego prawdopodobnie przyszedł. Przestraszona praktycznie pobiegłam do mieszkania, oddychając z ulga dopiero, kiedy zamknęłam drzwi na klucz. Nie mogłam się denerwować. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i starając się nie myśleć o sytuacji sprzed kilku minut wziąć się za gotowanie.
   Przyznaję, że jeśli chodzi o konkretne jedzenie, to mistrzem patelni nie zostanę. Udało mi się chyba usmażyć kurczaka w papirusie, przypiec ziemniaczki i zrobić sałatkę, a do tego co mi całkiem nieźle zawsze wychodziło zrobić ciasto. Kiedyś myślałam nawet, by iść w kierunku cukiernictwa, ale przecież " to praca dla nieuków i debili", " nasza rodzina jest ponad to". Po dwóch godzinach wszystko było gotowe i czekało na przybycie Szalpuka, który nie chciał wyjątkowo zawitać do domu. Czekałam, ale siatkarz nie przychodził. Zaczynałam panikować i pod wpływem emocji, zadzwoniłam do niego.
- Tak?- spytał wesoło.
- Wszystko gra? Bo zawsze jesteś po treningu i wiesz, trochę zaczynałam panikować...
- Nie, w porządku. Jestem na kawie z dawną koleżanką. Coś się stało?
- Nie nic. Tak sprawdzałam, czy nie leżysz gdzieś w rowie. Miłej zabawy- zakończyłam szybko rozmowę, nie chcąc zdradzić mu swych prawdziwych emocji. Poczułam mocne ukłucie w sercu. Czułam się jak zdradzana żona, czekająca na niewiernego męża z obiadkiem. Tyle, że Szalpuk nigdy tak naprawdę nie był mój. Sama go przestrzegłam przed związywaniem się. Jednak nie mogłam przetrawić tego, że jest gdzieś tam. Z koleżanką. Sam na sam. I wcale nie narzeka. Między nami nie miało prawa nic zaistnieć. Byłam dla niego kulą u nogi. Złapał pierwszą okazję, by się mnie ode mnie uwolnić.
***
Przepraszam, że tak późno, ale po raz kolejny nie wiedziałam, że się mnie dosłownie obudzi i gdzieś wywiezie :P Ale i tak jestem dumna- matura za rogiem, a ja nie zawiesiłam bloga. Brawo ja :P
Co do rozdziału planuję zrobić coś strasznego.
Zabijecie mnie.
Zmieniam adres.
Zmieniam nazwisko.
Do soboty <3

sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział 14

   Po raz pierwszy w życiu tyle się śmiałam podczas świąt. Oczywiście nie mniej się kłóciłam, ale mimo tego było to najszczęśliwsze Boże Narodzenie odkąd pamiętam. Co prawda spędziłam go praktycznie cały czas na kanapie, oglądając filmy, ale czy to ważne? Nie trudno się domyśleć w jakiej atmosferze do tej pory spędzałam te dni.
Nie poszłam do kościoła, nie czułam tego klimatu, ale nawpychałam się tyle, iż można rzec, że pewna tradycja została zachowana. Jednak cieszyłam się, kiedy "magiczny" czas dobiegał końca. Wszystko na ulicy miało wrócić do normalności, a w telewizji nastąpić koniec całej tej świątecznej szopki. Szalpukowi zostało ostatnie kilka godzin, by nacieszyć się chwilami wolności, gdyż następnego dnia musiał z samego rana stawić się na treningu. Wspólnie spędzony wieczór w zasadzie nie różnił się od poprzednich oprócz tego, że było okropnie gorąco.
- Idź skręć kaloryfer- polecił siatkarz, a ja popatrzyłam na niego spod byka.
- Sam sobie idź!
- Nie chcę mi się.
- Mi też wyobraź sobie!
- Sama tego chciałaś- powiedział i ściągnął koszulkę.- Przykro mi, ale nie wytrzymam.
- Leń- prychnęłam.- I w ogóle jeśli myślisz, że robisz mi na złość to się grubo mylisz!
- Nie wiem co ja ci robię, ale nie chciałaś, żebym chodził bez koszulki. Stop jak to było?- starał się sobie przypomnieć.- Rzucisz się na mnie, bo jesteś napalona jak ruski czołg?
- Jak widzisz hormony robią swoje- wzruszyłam ramionami.- Ale teraz nie chciałoby mi się na ciebie rzucać, jesteś za daleko, a mi wygodnie.
- Wmawiaj sobie, że to hormony.
- A niby co?- podniosłam się do pozycji siedzącej.- Jeśli masz na myśli tamtą noc i na serio myślisz, że byłeś tak niesamowity to muszę cię zmartwić.
- Co słucham?!- nadepnęłam na jego ego.- Nie słyszałem wtedy jęków cierpienia, tylko czegoś innego!
- Możesz mi wmówić wszystko, bo w zasadzie to niewiele pamiętam.
- Jak to niewiele pamiętasz?
- No normalnie. Myślę tamten wieczór, a mój mózg nie podsyła mi za wiele wspomnień- tłumaczyłam spokojnie, nie zważając na jego ton i wciąż wpatrując się w telewizor.- Jest kilka opcji. Pierwsza było tak okropnie, że moja podświadomość nie chce tego pamiętać. Druga było tak nudno, że nie warto. Trzecia byłam zbyt pijana.
- Okropnie i nudno?!- oburzał się z sekundy na sekundę coraz bardziej.
- Także jeśli się na ciebie rzucę to tylko przez hormony- dokończyłam rzeczowo.
- Nie pamiętasz nic a nic?
- Coś tam w klubie jak na mnie napadłeś ze swoją buźką- zaśmiałam się.- Nic nadzwyczajnego. Rewolucji w całowaniu to ty nie zrobiłeś.
- O, przepraszam, proszę ja cię!- aż wstał.- Jeszcze mi nikt nie powiedział nigdy, że źle całuję! I nie dam sobie tego wmówić. Pewnie byłaś bardziej zalana niż myślisz! Udowodnię ci to!
- Niby jak? Masz wehikuł czasu?
- Nie, po prostu cię pocałuje- wzruszył ramionami.
- Co proszę?- popatrzyłam na niego jak na nienormalnego.
- Przecież to nic wielkiego. Udowodnię ci, że się mylisz. Chyba, że się boisz.
- Niby czego? Ty możesz się bać, że będę lepsza.
- Kochana ja wszystko pamiętam i jak widzisz też mnie nie powaliło.
- No tu już przegiąłeś!- uderzyłam ręką w stół i również wstałam z kanapy.- Ja- wskazałam na siebie palcem- świetnie całuje.
- Przekonajmy się.
- Dobra! Jak chcesz! Ja się nie mam czego bać- prychnęłam. Siatkarz przybliżył się do mnie, nie odrywając ode mnie wzroku. Położył na mojej talii i stanowczo przyciągnął mnie do siebie. Przejął kontrolę. Nie mogłam się poruszyć. Czekałam na to co zrobi, kiedy napięcie z każdą chwilą przybierało na sile. Przybliżył swoją twarz nieznacznie do moje jakby, czekając kiedy mu przerwę. Przymknęłam powieki i po chwili już poczułam jego usta na swoich, a wszystko inne przestało istnieć. Pierwszy pocałunek był niezwykle subtelny, był zaledwie muśnięciem, ale wywołał prawdziwą burzę. Przyjmujący z niezwykłą łatwością objął mnie mocniej i uniósł nad ziemię. Zarzuciłam mu ręce na szyję, które już po kilku sekundach swobodnie wędrowały po jego umięśnionym torsie. Odruchowo zaczęliśmy iść w kierunku sypialni, nie odrywając się od siebie ani na moment. Powinnam była przerwać, jakoś zareagować, ale nie byłam w stanie trzeźwo myśleć. Głos rozsądku zdołał się przebić przez panujący chaos w głowie dopiero, kiedy poczułam pod sobą miękki materac.
- Stop!- zaprotestowałam.
- O co chodzi?- spytał zdyszany.
- Co my robimy?
- Karzesz mi sobie to teraz tłumaczyć czy co?
- Nie, ale po wszystkim będzie dziwnie.
- Potraktujmy to jako działanie profilaktyczne.
- Zgoda, ale żebyś sobie po tym nie wyobrażał nie wiadomo czego- przestrzegłam.
- Prędzej ty niż ja- bronił się.
- Że c..- zamknął mi usta pocałunkiem, jednocześnie paraliżując moje myśli. Co ma być jutro to będzie jutro. Dalej było już tylko jego ciało obok  mojego, jego usta na moich. Aż było mi wstyd, że tego nie pamiętałam. Miał rację, był świetny. Był po prostu najlepszy.

Rankiem obudziłam się trochę zażenowana całą sytuacją, ale nie mogłam powiedzieć, że byłam niezaspokojona. Odwróciłam się na drugi bok i mimowolnie krzyknęłam, widząc opartego na łokciu Szalpuka.
- I kto miał rację?- spytał zadowolony z siebie.
- No nie było najgorzej- przewróciłam teatralnie oczami.- Ale między nami okej?
- Tak.
- To dobrze. Zbieram się- powiedziałam, zagarniając kołdrę.
-  Ej, zostaw moją kołdrę!- zażądał.
- A niby jak mam pójść do swojego pokoju?
- W nocy jakoś ci to nie przeszkadzało- oznajmił, kurczowo trzymając jeden róg.
- Tobie też- odparłam. Odwróciłam się na pięcie i wyszarpałam swoje prowizoryczne odzienie z rąk siatkarza, zrzucając go jednocześnie z łóżka.
- Ała! Tośka, kurwa no nie żyjesz!
Zdecydowanie wszystko było w normie.

   Kilka dni później, tuż po zajęciach w szkole rodzenia, poprosiłam Artura, żeby podwiózł mnie do centrum handlowego, bo chcąc nie chcąc, moje spodnie były coraz ciaśniejsze, a ja cieszyłam się każdą chwilą, którą mogłam spędzić w dresie, bądź po prostu w samej bieliźnie i bluzce do kolan. Szalpuk poszedł popatrzeć na obuwie sportowe, a ja spokojnie rozglądałam się za swoimi rzeczami, ale niespodziewanie usłyszałam ten głos...
- Tośka?- zamarłam. To nie mógł być on. Jednak postanowiłam się nie odwracać, przyspieszyłam kroku, mając nadzieję, że da mi spokój.- Tośka stój!- zagrzmiał jego głos, a ja miałam pewność. Wciąż nie patrząc w jego stronę, ruszyłam biegiem przed siebie, chcąc zniknąć mu z oczu. Wiedziałam, że miałam małe szanse. Siatkarz nie mógł nas zobaczyć. Z tą myślą zmusiłam się jeszcze do szybszego biegu, pragnąc jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz.- Zatrzymać ją!-  krzyknął i rzeczywiście kilkoro ludzi próbowało, ale bez większego przekonania.- Zaczekaj! Tośka! Stój!- krzyczał za mną, zmuszając mnie jeszcze do większego wysiłku. W końcu udało mi się dotrzeć do wyjścia. Nie zwracałam uwagi na ludzi, których potrącałam, nie zwróciłam uwagi nawet na jadące samochody, kiedy wybiegłam na ulicę. W głowie miałam tylko jedną myśl, że muszę uciec. Biegnąc przez kolejne, coraz bardziej kręte uliczki, czułam na karku jego oddech. Udało mi się schować w bardziej zarośniętych krzakach. Przycisnęłam dłonie do ust, wiedząc, że za chwilę będzie koło mnie przebiegał, nie chcąc, by mnie usłyszał. Nie myliłam się po kilku sekundach, minął mnie, a ja w duchu dziękowałam wszelkim świętością, które nade mną w tamtej chwili czuwały. Po następnych kilku sekundach wyszłam z zarośli, kierując się w kompletnie inną stronę. Musiałam znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Zadając sobie w duchu pytanie skąd on się wziął w tym mieście, trzymałam się za brzuch, jednocześnie dławiąc łzami. Kiedy poziom adrenaliny w moim organizmie zaczął spadać, odczułam skutki mojego wysiłku. W kieszeni zaczął wibrować mi telefon.
- Tośka, gdzie ty jesteś?- usłyszałam znudzonego Szalpuka.
- Na rynku- powiedziałam, nie mogąc powstrzymać płaczliwego i rozhisteryzowanego tonu głosu.
- Co się stało?! Co ty tam robisz?- pytał, ale w odpowiedzi usłyszał jedynie moje łkanie.- Spokojnie, zejdź na przystanek za minutę tam jestem- nakazał i rozłączył się. Posłusznie udałam się przez wskazane przez niego miejsce, gdzie po chwili się pojawił. Wsiadłam szybko do samochodu, chcąc jak najszybciej uciec z tego miejsca.
- Jak ty wyglądasz? Co się stało?- dopytywał.
- Zabierz mnie do domu- byłam w stanie jedynie tyle z siebie wykrzesać. Kiedy wreszcie znaleźliśmy się pod blokiem, bez słowa wyjaśnienia wysiadłam z auta i szybko poszłam do mieszkania. Siatkarz podreptał za mną, wyraźnie zdezorientowany moim nagłym napadem. A wcale nie było lepiej. Po przekroczeniu progu wpadłam w jeszcze większą histerię. Rzuciłam się na łóżko wtulając w poduszkę, chcąc skryć się przed całym światem.. Wszystko wróciło. Wiedział, gdzie jestem. Mogli teraz łatwiej mnie znaleźć. Czułam się taka bezbronna. Tak przerażona.
- Tosia...- Szalpuk delikatnie dotknął mojego ramienia. Nie panowałam nad sobą. Odwróciłam się do niego i ufnie wtuliłam w jego tors, wierząc, że przyniesie mi schronienie.- Spokojnie, nic ci ni grozi- przekonywał, ale czego by w tamtym momencie nie powiedział, nie przyniosło by to rezultatu. Tulił mnie do siebie, cierpliwie czekając, aż zapanuje nad emocjami, ale łzy nie przestawały płynąć. Po prawie pół godzinnym płaczu, w czasie którego Szalpuk coraz mocniej mnie obejmowałam, w miarę możliwości udało mi się opanować.- Lepiej?- spytał, a ja pokiwałam głową.- To teraz powiedz o co chodzi.
- Spotkałam dzisiaj mojego brata- powiedziałam, zachrypniętym głosem.
- To ty masz brata?!- zdziwił się, a ja pokiwałam głową.
- Mam całą rodzinę, ale uciekłam od nich wszystkich. Teraz, kiedy już zaczęłam zapominać o tym całym popierdolonym życiu, on się pojawił i zaczną mnie szukać!- powiedziałam wściekła i czułam jak emocje szykują się do następnego ataku.
- Już, ciiii... Spokojnie...- ponownie mnie objął, wiedząc do czego zaraz może dojść.
- Artur, oni nie mogą mnie znaleźć- powiedziałam.
- Zrobimy wszystko, żeby nie znaleźli- obiecał. Pocałował mnie w czoło i ponownie przytulił. Czując wdzięczność, jednocześnie wyklinałam go w myślach. Mogłabym znowu uciec... Ale przecież był on...

***
No to zaczynamy... xd 

sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział 13

   Są chwile, kiedy wszystko się zmienia. Ten dzień był jedną z nich. To co zrobił Szalpuk niosło za sobą olbrzymie znaczenie, choć wydawać się to mogło drobnostką. No bo cóż to takiego przyjść na jakieś tam zajęcia, żeby drugiej osobie nie było przykro. Jednak nie do końca zdradziłam mu powód, dla którego było mi źle. Zawsze mógł pomyśleć, że instruktorka jest niemiła, bądź niekompetentna, doradzić mi zmianę zajęć bądź zrezygnowanie z nich. Ale on przyszedł, bo wiedział jak samotność wśród tych ludzi musiała mnie zaboleć. Żeby dojść do takich wniosków musiał się nad tym zastanawiać, a to z kolei oznaczało, że moja osoba nie była mu obojętna. Chyba, że mam skłonności do nadmiernego analizowania czyjegoś zachowania i chciałam w ten sposób wnioskować. Mogłam wypierać się wszystkiego, ale fakt, że był tam dla mnie, że mu zależało na mojej osobie przyprawiał mnie o palpitację serca i bardzo mi się to podobało.
W drodze powrotnej patrzyłam na jego twarz, pragnąc poznać jego myśli. Jak w zaistniałych okolicznościach miałabym być dla niego wredna? Nie umiałam tego. Nie po tym jak wspaniale się zachował. Nasze dotychczasowe stosunki opierały się praktycznie tylko i wyłącznie na docinkach. Skoro nie umiałam się na nie zdobyć, w samochodzie zapanowała cisza, której żaden z nas nie ośmielił się przerwać. W milczeniu dotarliśmy do mieszkanie i zalęgliśmy na kanapie.
- Zmęczona?- spytał w końcu Szalpuk.
- Nawet bardzo. Nigdy nie myślałam, że ćwiczenia dla kobiet w ciąży są takie męczące.
- Chyba nigdy nie grałaś w siatkówkę, to dopiero potrafi zmęczyć.
- To prawda, nie grałam- przyznałam, wzruszając ramionami.
- Żartujesz sobie ze mnie...- podparł się na łokciach i popatrzył na mnie spod byka.
- Nie żartuję. Nie umiem odbić piłki, nie znam do końca zasad i nigdy nie widziałam meczu w całości- wyjaśniłam szybko.
- Nigdy? Nic?- jego głos już bardziej przypominał pisk.
- Nic a nic- potwierdziłam.
- Ale jak?! Stop w szkole jest siatkówka! Musiałaś się coś uczyć!- szukał iskierki nadziei.
- Jak była na w-fie siatkówka to siadałam na ławce. Nie zmusili mnie nigdy, żeby odbić piłkę.
- Ale dlaczego?
- Powiedzmy, że po prostu nie przepadam za siatkówką- oznajmiłam, patrząc w podłogę.
- Ranisz mnie! Nie! Nie ma zgody na takie cosie!
- Cosie?
- No nie do końca wiem jak nazwać to co ty wyczyniasz! Przecież, przecież...- próbował znaleźć słowa, ale zwyczajnie mu ich brakowało. No cóż szok to szok. Jeśli, by się dowiedział, że na dodatek jedynym siatkarzem, którego toleruje jest on, to nie chce wiedzieć, co by się działo. Dlatego zamknęłam buzię na kłódkę, nie wywołując lawiny zbędnych pytań.
- Arturek, no tak to w życiu bywa.
- Nie zgadzam się!- zaprotestował po raz kolejny.- To się w ciągu najbliższych kilku miesięcy musi zmienić.
- A to niby czemu?
- Nie będzie nasze dziecko wychowywane w nienawiści do siatkówki.
- Jeśli mi podasz jakiś argument, który mnie przekona chociaż do pomyślenia o zmianie zdania, to możemy negocjować.
- A żebyś wiedziała, że ci podam- oznajmił, a ja popatrzyłam na niego wyczekująco.- Ale podam go nie dziś tylko w najbliższym czasie- wzruszył ramionami i wrócił do oglądania telewizora, od czasu do czasu kręcąc głową z niedowierzania. W duszy życzyłam mu powodzenia w szukaniu, nie wiedział na jaką trudną misję się porwał.

   Okres przedświąteczny to jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie okresów w roku. Jednym słowem po prostu go nienawidziłam. To nie był czas radości, pojednania, a raczej fałszu, bólu, poczucia niesprawiedliwości. Jeśli ktoś jest szczęśliwy to jest szczęśliwy przez cały rok. Tym, których los mniej hojnie obdarzył, przysparza jeszcze więcej cierpień niż przez resztę dni w roku. Gdy brak wyjątkowej okazji można zająć się zwykłymi sprawami, które w czasie świat wydają się po prostu śmieszne i bezsensowne. Ludzie ulegają temu klimatowi i tylko utrudniają całą sprawę.
- Wiesz tak sobie myślałem, że może pojedziesz na święta ze mną?- spytał niepewnie Szalpuk.
- To nie jest najlepszy pomysł. Ale dziękuje, że o mnie pomyślałeś.
- Tak głupio, żebyś tak sama tu siedziała- próbował mnie przekonać.
- Jestem dużą dziewczynką i już nie raz zostawałam na noc sama.
- Teraz to co innego... Są święta- powiedział wlepiając wzrok w podłogę.
- Ja tego tak nie odbieram. Nie masz się o co martwić.
- Świąt też nie lubisz?- spytał, a ja wzruszyłam ramionami.- Rozumiem, ale jakbyś zmieniła zdanie to wiesz...
- Wiem, wiem, dzięki.

   Nie zmieniłam zdania. Miałabym się pchać do obcych mi ludzi, ciągle się pilnować, a najlepiej w ogóle nie odzywać, żeby przypadkiem niczego nie chlapnąć. Zdecydowanie to nie było dla mnie.
- To ostatnia szansa, żeby wziąć udział w niesamowitej podróży do wnętrza Ziemi, a konkretnie do Olsztyna!- krzyknął siatkarz z korytarza.
- Wciąż nie zmieniłam zdania- oznajmiłam, śmiejąc się pod nosem i opierając o ścianę.
- Warto próbować. To do zobaczenia.
- Do zobaczenia- odpowiedziałam i zaczęłam iść w kierunku salony, ale nieoczekiwanie przyjmujący złapał mnie za nadgarstek, przyciągnął do siebie, a następnie zamknął w niedźwiedzim uścisku. Po kilku sekundach mnie uwolnił i szybko opuścił mieszkanie.
I tak zostałam sama. Powtarzałam sobie, że to nic takiego, że gdybym nie uciekła to w tym momencie chciałabym popełnić samobójstwo widelcem o ile bym się pojawiła na  wigilii. Tak było każdego roku. Wszyscy zaliczali się do grona szczęśliwej, idealnej familii tylko ja byłam na uboczu. Zawsze Antonina psuła święta, magiczną atmosferę, strzelała fochy, nie potrafiła się zachować i nie pasowała to bajecznego obrazka rodziny.  Jednak czułam małe ukłucie w sercu na myśl, że Szalpuka nie było obok. Mógł po prostu siedzieć ze mną na kanapie i się nie odzywać, wystarczyło by mi to, że jest obok. I tak oto w smutku zajadałam przed telewizorem popcorn,oglądając Kevina i  wyklinając w myślach Boże Narodzenie. Na szczęście po godzinie dwudziestej drugiej zmorzył mnie pół sen, który przerwał moje rozważania na temat własnej niedoli. Zachowałam pewną świadomość, ale nie byłam zdolna do takich ciężkich rozważań. Jednak zerwałam się na równe nogi, gdy usłyszałam jak ktoś szpera przy zamku w drzwiach. Pobiegłam na paluszkach do kuchni i wyciągnęłam z szuflady największy nóż. Nie mogłam oddać mieszkania bez walki i w myśl tej idei, czekałam pod drzwiami z uniesionym ostrym narzędziem. Klamka opadła w dół, drzwi się powoli otworzyły, a jakaś postać wsunęła się delikatnie wgłąb mieszania.
- Aaaa!- wrzasnęłam i ruszyłam do ataku, ale złoczyńca złapał mnie za nadgarstki i zapalił światło.
- Co ty robisz?!
- Szalpuk! Co ja robię? Czemu ty się tak skradasz! Myślałam, że to jakiś bandzior.
- Mów sobie co chcesz, ale jak dla mnie w święta nikt nie powinien być sam- oznajmił, a ja się uśmiechnęłam lekko pod nosem.- Idź do salonu bo zepsujesz niespodziankę!- warknął.
- Jaką nie.. Okej, idę. Nie patrz tak!- uniosłam ręce w obronnym geście i poszłam z powrotem na kanapę. Po kilku minutach do salonu przyszedł siatkarz z brodą i czapką Świętego Mikołaja. Na jego widok nie mogłam powstrzymać parsknięcia śmiechem.
- Ho, ho, ho! Czy są tu jakieś grzeczne dzieci?- Z czerwonego worka wyciągnął zapakowany prezent i wręczył mi go.
- Dziękuje, ale ja dla ciebie nic nie mam...- zmieszałam się trochę. Usiadł obok mnie i ściągnął przebranie.
- Tutaj- wskazał palcem na swój policzek.
- Dziękuje-  powtórzyłam i dałam mu buziaka.
- Ale otwórz no!
- Dobra! Nie krzycz kurde!- szybko pozbyłam się papieru i zajrzałam do środka pudełka.- Aaa! Kocyk z głową Olafa! Dziękuje!- rzuciłam się  mu na szyję i mocno przytuliłam.
- Cieszysz się?
- No, jasne! To najlepszy prezent jaki w życiu dostałam! Boże, człowieku jak ja cię uwielbiam!
- A nie mówiłem, że z ludźmi w święta raźniej?
- Mówiłeś, mówiłeś- przyznałam mu racje i ponownie rzuciłam mu się na szyję, tuląc mocno.- Mam ochotę wyprzytulać cię na śmierć.

***
Za dużo tej sielanki, w następnym rozdziale będzie trzeba coś pokomplikować :) Przepraszam, że rozdział tak późno, co prawda powstał wczoraj, ale dzisiaj z samego rana zerwali mnie z łóżka i dopiero teraz znalazłam czas. Także za błedy i inne niedogodności przepraszam <3
Rozdział dla aguśki, za ostatnie małe porady dotyczące czytania "Lalki", ale niestety muszę znać szczegół takie jak konkretne przykłady ubrania Izabeli Łęckiej bo jeśli nie powiem jakiego dnia jakie majtki miała na sobie to znaczy, że nie czytałam lektury xd
Do soboty ^^

sobota, 26 marca 2016

Rozdział 12

   Choroba sieroca. Najgorsze zło jakie się może przytrafić człowiekowi. To taki stan, kiedy nieoczekiwanie potrzebujesz obok siebie kogoś i to nie byle kogo. Wtedy właśnie marzysz o tej jednej, wyjątkowej osobie, dodającej otuchy, w którą możesz po prostu się wtulić. To taka choroba, gdzie człowiek czuje się okropnie osamotniony i nie ma ochoty na nic. Co do czasu, to zależy on od siły z jaką ten syndrom oddziałuje na człowieka. Można złapać chwilowy dołek, jak i również wpaść w melancholijny stan, utrzymujący się tygodniami. U mnie zawsze był to okres kilku dni. Po wykańczającym leżeniu i wpatrywaniu się w kanapę, postanowiłam zrobić coś ze swoim życiem i wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza. To był wielki błąd, gdyż udałam się do parku, w którym roiło się od zakochanych par. I tego dnia im zazdrościłam mimo, że każdego innego rzygałam tymi pocałunkami co 3 sekundy, wiecznym obściskiwaniem się, czy biadoleniem jakiś "romantycznych i słodkich słówek". Pamiętam jak w szkole nie mogłam patrzeć na gruchających rówieśników, którzy zajmowali się sobą na każdej przerwie, a ich widok budził we mnie albo odruch wymiotny albo śmiech. Tak mi już zostało, aczkolwiek choroba sieroca rządzi się innymi prawami. Podczas jej trwania takie tanie gesty nie wywoływały u mnie odrazy, ale raczej uczucie tęsknoty.
Miałam w swoim niezbyt długim życiu i takiego adoratora, który był typową kleją, ale nie wytrzymałam nawet kilku dni. Może związek oparty na takich zasadach nie był dla mnie, może taka miłość mi nie odpowiadała, a może to po prostu nie trafiłam jeszcze na taką osobę, z którą by to zadziałało.
   W związku z moim nadzwyczajnym stanem, mieszkanie bez Szalpuka wydawało mi się stanowczo za duże. Nie mam pojęcia dlaczego akurat tym razem przykuło to moją uwagę. Przecież już niejednokrotnie wyjeżdżał, zostawiając mnie samą. Ale przez praktycznie ostatnie dwa tygodnie był w domu i przyzwyczaił mnie do swojej obecności. Co prawa wkurzającej, ale jednak obecności. Chodziłam więc od kąta w kąt nie mając się do kogo odezwać, ani kogo podenerwować, pogarszając tylko tym swój humor. Mojego stanu nie poprawiło wyjście do ginekologa. W poczekalni mnóstwo zakochanych w sobie par, matek z córkami, sióstr, braci i ja... Sama... Dziękowałam wszystkim świętościom, kiedy nadeszła moja kolej.
- Witam, dzisiaj bez nikogo?- spytała ginekolog.
- No tak- zmieszałam się odrobinę.
- Kilka dni i wygląda pani o niebo lepiej. Jednak myślę, że dobrze by było jakby udała się pani do szkoły rodzenia.
- Do szkoły rodzenia?- wydukałam zdziwiona.
- No tak, dużo się tam pani nauczy, i też pokażą pani nie męczące ćwiczenia, które też poprawią pani stan- uśmiechnęła się ciepło.
- Mam tam iść?
- Tak- zaśmiała się, widząc moją minę.- Będzie fajnie- przekonywała i wręczyła ulotkę. Podziękowałam cicho, niezbyt zadowolona z wizyty i czym prędzej opuściłam ośrodek, kierując się do mieszkania, mając dość widoku świata. Będąc na osiedlu, czekał mnie tylko jeszcze jeden wróg do pokonania- schody. Moje wchodzenie na górę zawsze trwało przynajmniej pięć minut. I nie posiadałam się nigdy z radości, kiedy dotykałam klamki do naszego mieszkania.
- Dzień dobry, jak samopoczucie?- spytała moja ukochana sąsiadka z nienaturalnie szerokim uśmiechem.- Wszystko w porządku u was? Słyszałam ostatnio jakieś krzyki?- spytała, przypatrując mi się badawczo i podlewając tego wielkiego badyla na naszej klatce.
- Wszystko w porządku- powiedziałam na odczepne i weszłam do mieszkania. Chciałam jak najszybciej zakończyć rozmowę, ale niestety, praktycznie wepchała się między drzwi.
- Może powinniście iść do terapeuty?
- Dziękuje za fantastyczną radę- odpowiedziałam z udawanym entuzjazmem i zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem, zamykając je dokładnie na klucz. I wtedy zaświtał mi w głowie plan... A jakby tak... Podtruć tą jej roślinkę? I tak zabiera za dużo przestrzeni. Uśmiechnęłam się na samo wyobrażenie sobie jej miny, gdy zobaczy uschnięte zielsko. Zaśmiałam się pod nosem i poszłam przed telewizor, czekając cierpliwie na osłonę nocy. Nikt nie mógł mnie przyłapać.
   Grubo po północy patrzyłam przez wizjer, czy teren jest czysty, mając w ręku butelkę, w której był domestos rozpuszczony w gorącej wodzie. Przekręciłam zamek i poczekałam dla pewności jeszcze chwilę. Następnie otworzyłam drzwi i podreptałam szybko wlać do doniczki zabójczą dla kwiatka ciecz. Po wykonaniu zadania wycofałam się po cichu w bezpieczne cztery kąty i dopiero w nich miałam odwagę na cichy śmiech. Zadowolona z siebie poszłam spać, nastawiając budzik na wczesną godzinę ranną, aby na sto procent nie przegapić momentu, w którym sąsiadka odkryje zbrodnie. Dlatego też wstałam, kiedy było jeszcze kompletnie ciemno, zrobiłam sobie picie, jedzenie i siedziałam na poduszce przy drzwiach, czytając książkę i nasłuchując uważnie wszelkich oznak życia. Badyl tak jak chciałam, uschnął na amen,dostając taką ilość niszczącej dla niego substancji. Zrywałam się na każdy szelest, każde tupnięcie, ale z przykrością stwierdzałam, że hałas był spowodowany przez nie tą osobę, której oczekiwałam. To zadziwiające co nuda potrafiła robić z ludźmi. W końcu nadszedł ten wyczekiwany moment.
- Aaa!- krzyknęła cicho, a ja zatkałam sobie usta dłonią, powstrzymując chichot. W końcu zdarłam jej ten uśmieszek z twarzy.- Co? Jak?- pytała przestrzeń i oceniała szkody.- Kto to zrobił?- popatrzyła w moim kierunku i uniosła jedną brew w geście zamyślenia. Po kilku sekundach pokiwała głową i weszła z powrotem do swojego mieszkania. Miałam przekichane. Czułam, że rozpętałam wojnę, ale wtedy był czas na świętowanie wygranej bitwy.
   Tego samego dnia odrobinę zmęczona musiałam się udać zapisać do szkoły rodzenia i przyjść na pierwsze zajęcia. Nie mam pojęcia dlaczego, ale żywiłam nadzieję, że może nie będę tam jedyna samotna. Nadzieja matką głupich. Tylko ja wykonywałam te ćwiczenia sama. Nie wytrzymałam i zawinęłam się do domu o wiele wcześniej. Zwykle nie płacze, praktycznie nigdy mi się to nie zdarza, ale hormony ciążowe po raz kolejny dały o sobie znać i już przy bloku kilka łez pociekło mi po policzku. Na myśl jak ci ludzie oczekiwali tego dziecka, jak byli w to zaangażowani, jak się kochali... Było mi po prostu przykro. Nasze nie było oczekiwanie. Żadne z nas nie zaangażowało się w tą ciążę. Nie kochaliśmy się... Wszystko było nie tak jak powinno. W marnym nastroju weszłam do mieszkania, nie zwracając uwagi na to, że te drzwi były otwarte.
- O, cześć!- usłyszałam głos siatkarza z głębi mieszkania. Szybko otarłam łzy, by ten nic nie zauważył.
- Cześć, cześć i jak wynik?
- Wygraliśmy!
- Gratulacje- siliłam się na normalny ton.- Ja pójdę się trochę położyć.
- Wszystko okej?- spytał, przyglądając mi się.
- Tak, tylko się nie wyspałam- wyjaśniłam i wręcz uciekłam do swojego pokoju. Przebrałam się w spodenki i bluzę, włączyłam bajkę na pocieszenie i położyłam do łóżka, szczelnie owijając się kołdrą. Nie bardzo mogłam skupić się na fabule, gdyż wciąż byłam przygnębiona wydarzeniami z przed kilku godzin. Po niecałej godzinie usłyszałam ciche pukanie.
- Proszę- zawołałam cichym głosem.
- Mogę?- spytał Szalpuk, a ja pokiwałam głową.- Mam coś na te twoje smutki- powiedział wesoło, wchodząc w głąb mojej sypialni.- To kotlet- wyciągnął talerz zza pleców.- I to spalony.
- Spalony?-spytałam z nadzieją, podrywając się do pozycji siedzącej. Pokiwał entuzjastycznie głową, wręczając mi moje ostatnimi czasy ulubione danie, siadając obok mnie. Wdzięczna zajęłam się zajadaniem smutków.
- Powiesz mi co nie gra? Nie wrzeszczysz, nie docinasz, zamykasz się, a to znaczy, że coś jest nie tak!- oznajmił odkrywczo.
- Byłam w szkole rodzenia z polecenie pani ginekolog i trochę dobiła mnie atmosfera. I nie wiem jak tam znowu pójdę. To pewnie przez te hormony nie ma się co martwić. Przejdzie mi- uśmiechnęłam się do niego.
- W ogóle nie wiesz co się stało z kwiatkiem naszej sąsiadki?- spytał po krótkiej chwili ciszy. Skuliłam się w sobie, nie umiejąc zaprzeczyć.- Wiedziałem! Po prostu wiedziałem! Dlaczego?
- Oj, zasłużyła sobie!- broniłam się.- Była dla mnie wredna.
- A nie było na odwrót?
- Ja była wredna, dlatego że to ona zaczęła i zasłużyła na taką zemstę!- warknęłam.
- Jak dobrze być w domu- odetchnął z ulgą, słysząc mój ton.- To jaką bajkę oglądamy?

   Dwa dni później ponownie musiałam pojawić się w szkółce na zajęciach. Nie śmiałam prosić współlokatora o towarzystwo z kilku powodów. Po pierwsze to nie było w moim stylu. Po drugie to byłoby niezręczne. Po trzecie był na treningu. Dlatego przyszłam na ostatnią chwilę i zajęłam możliwie jak najbardziej odosobnione miejsce.
- Dzień dobry, wszystkim!- przywitała się instruktorka.- Może zaczniemy standardowo?- Jak na zawołanie kobiety przyjęły odpowiednie pozycje, a partnerzy asekurowali je, obejmując delikatnie od tyłu. Wzięłam głęboki wdech, starając się uspokoić, ale mimowolnie zrobiło mi się smutno. W tej chwili drzwi się otworzyły i nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie- Szalpuk odszukał mnie wzrokiem i szybko do mnie podszedł. Nie mogłam ukryć uśmiechu i uczucia wzruszenia, które rozlało się na mojej duszy. Domyślił się o co chodziło. Przyszedł. Zależało mu. Poszedł za śladami innych panów i objął mnie delikatnie.
- Dziękuje- powiedziałam cicho i odważyłam się pocałować go w policzek. Jednak nie byłam sama.

***
Dziękuje za wszystkie nominacje do LA :) Odpowiem na wszystkie pytania, kiedy znajdę trochę czasu, bo niestety musze tracić czas i drugi raz czytać "Lalkę" bo podobno nie czytałam -.-.
Dla Was w każdym razie życzę Wesołych Świat i przystępnych nauczycieli :)
Do soboty mam nadzieję <3

sobota, 19 marca 2016

Rozdział 11

   Siedziałam wygodnie, rozłożona na kanapie, w pełni zadowolona z przebiegu dnia. Miałam wolne w pracy, w związku z czym mogłam pozwolić sobie na obijanie. Jednak mój spokój został zakłócony przez pewnego osobnika, który wtargnął do mieszkania, zaznaczając swoją obecność przez trzaśnięcie drzwiami. Wychyliłam się nieznacznie, aby sprawdzić co nim kierowało. Minę miał nie za ciekawą. Zrzucił torbę z ramienia na środku korytarza i nie ściągając kurtki zamknął się w swojej sypialni. Po chwili słychać było tylko upadające ciało na łóżko. Zdziwiona tym zachowaniem, poszłam sprawdzić co się właściwie takiego stało. Właściwie to do ruszenia tyłka z miękkiego siedzonka, zmusiła mnie moja wścibskość i chęć wiedzenia wszystkiego.
- Artur?- zapukałam, a po kilku sekundach kiedy nie odpowiadał uchyliłam lekko drzwi. Jego zwłoki zajmowały cały materac.- Co ci jest?
- Kobieto, daj żyć- mruknął. Inni by odpuścili, ale ja nawet w perspektywie czyhającego niebezpieczeństwa parłam naprzód.
- Powiedz mi!- zażądałam, siadając obok niego.
- Miałam na treningu zajebisty wycisk jako jedyny z całej drużyny. A dlaczego? Bo zaspałem!- mówił coraz głośniej, a ja kuliłam się w sobie, spodziewając się jaka będzie dalsza puenta.- A dlaczego zaspałem?! Bo komuś się zachciało spaghetti, po które jeździłem do 4 rano i ten ktoś i tak go nie zjadł! Więc ciesz się kobieto, że jestem tak wykończony, bo inaczej nie chcesz wiedzieć co bym z tobą zrobił!
- Arturek!- sprzeciwiłam się.- No nie obrażaj się- dźgnęłam go palcem, ale nie zareagował.- Arturek- pisnęłam i położyłam się na jego plecach, właściwie się do niego tuląc.- No, przepraszam no. Ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że chciałam po ten sos iść sama i cichaczem wymknąć się z domu, a ty mnie zatrzymałeś i kazałeś się zabrać więc nie możesz być zły!
- Nieważne. Nie mam siły się mścić- powiedział, a ja zadowolona z działającej taktyki " na ofiarę" chciałam wyjść, ale uniemożliwił mi to, przytrzymując ręce.- Nie idź- poprosił.- Plecy mnie mniej bolą jak tak leżysz- wytłumaczył się. Uśmiechnęłam się pod nosem i poczułam rozlewające się ciepło w klatce piersiowej. Grunt, że już się nie gniewał.

- Tośka potrzebuje cię tu!- krzyczał jeden kucharz. Otarłam pot z czoła i przewróciłam z niedowierzaniem oczami. Jeszcze nigdy nie mieliśmy takiego ruchu. Miałam pomagać wszędzie, nie wyrabiałam się z niczym i na dodatek od samego rana nie czułam się najlepiej.
- Nie roztroję się!- warknęłam.
- Kochana moja, musisz!- zaśmiał się Henio.- Tak właśnie funkcjonuje ten świat.
- Nie gadamy, pracujemy! Tośka! Tośka?- szef kuchni, spojrzał na mnie, trzymającą się kurczowo blatu. Zrobiło mi się niewiarygodnie słabo. - Wszystko gra?
- Tak, tak! Już się biorę do pracy- powiedziałam bez większego przekonania.
- Idź odpocząć, a najlepiej zadzwoń po tego swojego, żeby zabrał cię do lekarza.
- O esu! Nie ma takiej potrzeby!
- Henio- szef kuchni kiwnął na swojego podwładnego głową, a ten przytaknął i zniknął na kilka minut. Powinno to wzbudzić moje podejrzenia, ale nieświadoma ja dalej sobie pracowałam.
- Może napij się czegoś? Ziółek albo coś?
- Co żeście się we trzech tak na mnie uwzięli dzisiaj?
- Kochana, ciąża to nie są żarty! Mówią ci to ojcowie!
- Jeszcze ciebie tutaj brakowało- powiedziałam do kelnera, który dopiero wszedł do kuchni.
Po powrocie Henia każdy zajął się swoim zakresem obowiązków i byłam pewna, że po prostu sobie odpuścili. Oczywiście jak się potem okazało byłam w wielkim błędzie. Zrozumiałam to, kiedy w drzwiach zobaczyłam Szalpuka, przyprowadzonego przez Igora.
- Zbieraj się- wręcz rozkazał.
- Co ty tu robisz? Nie widzisz, że jestem w tak jakby pracy?
- Widzę, że jesteś tak jakby w pracy i wiem, że tak jakby coś jest z tobą nie tak. Bierz rzeczy jedziemy do lekarza.
- W ogóle skąd ty...- nie dokończyłam pytania, gdyż w głowie znalazłam odpowiedź. Odwróciłam się w stronę głównego podejrzanego, świdrując go nienawistnym spojrzeniem.- Henryk!- syknęłam.
- Co ty się tak dzisiaj drzesz?- zaśmiał się.
- Spokojnie, idzie się przyzwyczaić- wzruszył ramionami Artur.
- Ja mu kazałem. Masz iść do lekarza- oznajmił mój szef. Co mi pozostało? Strzelić focha i pójść po rzeczy.

- Pani Antonino!- zaczęła lekarka.- Dobrze, że robiliśmy niedawno badania krwi i mam wyniki! No pani po prostu o siebie nie dba! Czy pani nie rozumie, że odżywianie się, odpoczynek jest bardzo ważne podczas ciąży? Wypisuję L4.
- Ale...
- Żadnego "ale". A pan przypilnuje, żeby dzisiaj po przyjściu do domu po prostu leżała- zwróciła się do siatkarza, który patrzył na mnie z miną " a nie mówiłem?". Miałam dość na samą myśl o wykładzie, który mnie czeka, gdy tylko wyjdę z gabinetu doktorki.
- A mówiłem, że ostatnio gorzej wyglądasz? Mówiłem? Mówiłem. A mówiłem, żebyś nie jadła tych wszystkich fast foodów bo to ci zaszkodzi? Mówiłem? Mówiłem!
- Esu... Dobra... Nie krzycz na mnie bo się denerwuje!- wykorzystałam swoje położenie, co poskutkowało, gdyż chciał mnie zripostować, ale jedyne co zrobił to zacisnął usta. Dalszą drogę przebyliśmy w milczeniu. Po przekroczeniu progu zostałam oddelegowana do leżenia pod kocem przed telewizorem. Niby, kiedy nie musisz nic robić, to należałoby się cieszyć. Jednak ja nie patrzyłam na tą sprawę pod kątem, że mi nie wolno nigdzie się ruszyć.
- Arturek, ale przecież ja się tu zanudzę na śmierć!- poskarżyłam się.
- No to się zanudzimy- powiedział lekceważąco, stawiając na stole kubek z herbatą.
- Zanudzimy?
- No, jak mus to mus- wzruszył ramionami.
- Akurat- prychnęłam.- Nie udawaj, że siedzenie przy tak ważnej osobistości cię nie cieszy.
- Ważna osobistości, co oglądamy?
- Bajkę!- zaklaskałam w dłonie jak małe dziecko.
- Bajkę?- zdziwił się.
- No co się patrzysz tak na mnie?
- Lubisz oglądać bajki?
- Tak! Wiem, wie, jestem dorosłą kobietą i bla bla bla, ale bajki są super i zawsze mają mądre przesłania i kończą się istotną puentą- broniłam się.
- Zgadzam się. Też je lubię oglądać- oświadczył, drapiąc się po głowie.
- Jak to?
- No normalnie! Nawet nie wiesz jak się z tym kryłem, żebyś nie widziała!
- Czyli, co? Bajka?
- Bajka!- zgodził się.- A widziałaś...- i tak zaczęła się nasza wielogodzinna konwersacja na temat wspaniałego świata bajek. Kto by pomyślał, że dogadamy się w jakiejś kwestii. Zrobiliśmy sobie mały maraton, który skończył się zdecydowanie za szybko. Szalpuk poszedł pod prysznic, gdyż wcześnie rano razem z drużyną ruszali na mecz wyjazdowy.

- Nie wiesz, gdzie moja torba?-spytał się rankiem, pokazując się bez koszulki. Nie wytrzymałam. Naprawdę jak na siebie i swoje możliwości, a także charakter bardzo długo powstrzymałam się bez komentarza.
- Czy ty musisz mi to robić?
- Ale co?- powiedział zdezorientowany.
- Paradować taki nagusieńki!
- Nie jestem nagusieńki.
- Ale bez koszulki! I ja ci chciała tylko przypomnieć, że jestem w ciąży!- uderzyłam ręką o szafkę.
- A co to  ma do rzeczy?- spytał jawnie się ze mnie naśmiewając.
- A to, że kobiety w ciąży są napalone jak ruski czołg więc jeśli nie przestaniesz uwydatniać rano i wieczorem tych mięśni to kiedyś na serio nie wytrzymam i się na ciebie rzucę! A torbę masz za szafą w salonie!- warknęłam.
- Dobra, dobra! Przekonałaś mnie! Już zakładam!- jak powiedział tak zrobił. I nieoczekiwanie znalazł się blisko mnie, dłonie kładąc na blacie, zagradzając mi w ten sposób drogę ucieczki.- Przecież nie chcemy, żebyś się na mnie rzuciła- nachylił się nade mną, unieruchamiając mnie swoim spojrzeniem.- Jeszcze, by nas czekała jakaś niezapomniana noc. A nie chcemy tego, prawda?- zapytał. Założył mi pasmo włosów za ucho, przy okazji pieszcząc delikatnie palcami mój policzek. Nie miałam pojęcia w co się bawił, ale ta gra sparaliżowała nie tyle moje ciało, co moje myśli. Był za blisko. Wystarczyłoby stanąć na palcach, nieco bardziej podnieść głowę... Jednak czekałam na jego ruch choć wszystkie zmysły były nastawione na jedno...- Do zobaczenia za dwa dni- pożegnał się i po chwili go nie było w mieszkaniu. Zostawił mnie samą z przyspieszonym oddechem i mocno bijącym sercem, zastanawiając się co się właściwie takiego stało.

***
Możliwe, że moja "kariera" blogowa dobiega końca. Pierwszy raz w życiu istnienie bloga jest pod znakiem zapytania.
Dziękuje za wszystkie nominacje do LA. Odpowiem na pytania, kiedy tylko znajdę czas :)

sobota, 12 marca 2016

Rozdział 10

   Tak jak się spodziewałam, nie było nam łatwo. Mieszkanie z kimś wcale nie jest taka prostą rzeczą jaką mogłoby się wydawać. Musisz akceptować czyjeś wady, musisz ciągle szukać kompromisów. Od współlokatora tak naprawdę nie ma ucieczki i dlatego jedyna możliwa opcja do prowadzenia pokojowego życia to dogadanie się. O wiele wygodniej jest, gdy jedna strona potrafi odpuścić, ale gorzej, kiedy spotkają się dwa silne, nieustępliwe charaktery, które nie przywykły do porażki. Stąd w naszych wynajętych czterech kątach słychać było ciągłe wrzaski. Ale mimo tych ciągłych kłótni jakoś żadne nie zamykało się w pokoju, tylko raczej przebywaliśmy w salonie. Niby mogłam siedzieć swojej sypialni i wychodzić tylko wtedy, kiedy było to konieczne, jednak coś nie uśmiechało mi się siedzieć samej, gdy obok był taki ktoś.
Stała się rzecz dziwna, gdyż po raz pierwszy w życiu moje zachowanie stało się dla mnie czymś kompletnie niezrozumiałym. Odkąd pamiętałam nie ciągnęło mnie do spędzania czasu z drugim człowiekiem. Owszem miałam znajomych, ale tylko znajomych. Typowe pieprzenie, że każdy potrzebuje przyjaciela, było dla mnie tylko pijackim bełkotem. Ja dzieliłam świat na samowystarczalnych oraz tych, co sami nie dają sobie rady i szukają oparcia w innych. Innymi słowy, byli ludzie silni i słabi. Ja oczywiście siebie zaliczałam do tych lepiej przystosowanych do dzisiejszego świata- niezależnych. Dlatego znałam kilka osób, z którymi chodziłam na imprezy, ale kierowała mną potrzeba zabicia czasu, a nie niepotrzebnego gadania.
   Jednak ludzkie poglądy wciąż ulegają ewolucji. Nawet osoba tak mocno trzymająca się swoich przekonać jak ja, musiała co nieco zmienić. Zaczęłam na wspólne spędzanie czasu patrzeć inaczej. Wmawiałam sobie, że tak naprawdę spędzam z siatkarzem czas tylko z nudów. Ale prawda była taka, że nie znałam powodu, przez który ciągnęło mnie w jego stronę. Powoli rozumiałam powody, dla których ludzie chcą po prostu pobyć w swoim towarzystwie. Sam ten fakt, że zaczęło mi się to podobać, wpędzał mnie w panikę, bo kiedy dopuszczasz do siebie ludzi, zawsze, prędzej czy później, spotka cię rozczarowanie. Nie ma ludzi niezawodnych i ja dobrze zdawałam sobie z tego sprawę. Wiedziałam też, że jeśli u mnie ktoś sobie nagrabi to miał niemal pewność, że nie ma do mnie powrotu. Mimo tej wiedzy, nie zaprzestawałam co dnia wpędzać się w sidła. Spędzanie z przyjmującym czasu sprawiało mi przyjemność, choć codziennie wywoływał we mnie chęć mordu...
- Artur!- warknęłam z kuchni, patrząc na pusty garnek po sosie od spaghetti.
- Co się drzesz?- spytał znudzony. Fakt, że mój podniesiony ton głosu nie zrobił na nim żadnego wrażenia, powinien już sugerować jak często go używałam.
- Powiesz mi, dlaczego tutaj nie ma tego co tu było?!
- Emmm? Bo zjadłem?- wzruszył ramionami.- Ale tam była tylko marna resztka.
- Ja ci dam marna resztka ty głąbie ty!
- Uspokój się- wywrócił teatralnie oczami.- Przecież możesz zjeść coś innego.
- Ja muszę zjeść TO spaghetti!
- Wciekasz się o spaghetti ze słoika, które nie powala na kolana?
- Przeprasza bardzo, skoro nie powala na kolana to po cholerę żeś to zjadł?!
- Kupię ci z samego rana, ale już nie krzycz, bo sąsiedzi się znowu zlecą.
- Z samego rana?- spytałam dla pewności już łagodnym głosem.
- Słowo-  obiecał.
- Ale z samego rana- przestrzegłam.- Tylko musi być koniecznie to i żadne inne. Weź sobie słoik na wzór- powiedziałam wymijając go.
- A ty gdzie?
- Idę spać, bo jedyne o czym teraz myślę to spaghetti więc lepiej, żeby było już rano.
Mimo mojego silnego postanowienia nie mogłam zasnąć. Kręciłam się z boku na bok, licząc w myślach, na głos barany, owce i kangury, ale koniec końców poddałam się, widząc, że próbuję bezskutecznie usnąć, którąś godzinę. Znałam przyczynę. Wiedziałam, że nie usnę póki nie zjem tego na co mam ochotę. Myśl o jedzeniu upragnionego dania sprawiła, że poranek stał się dla mnie zbyt odległą przyszłością. Westchnęłam zrezygnowana i wstałam z łóżka. Na paluszkach przeszłam przez korytarz, nie chcąc obudzić siatkarza. Starając się być jak najciszej, ubrałam buty.
- Co ty robisz?- usłyszałam ni stąd ni zowąd.
- Aaaa!- krzyknęłam, i krzyczałabym dalej, gdyby nie przyjmujący, który zakrył mi usta swoją dłonią.
- Cicho!- skarcił mnie.
- Zwariowałeś?!- skarciłam go szeptem.- Myślałam, że zawału dostanę.
- Dokąd ty się wybierasz?
- Po słoik swojego spaghetti-  powiedziałam, zmykając oczy, wiedząc jaki wykład o odpowiedzialności, niebezpieczeństwach i dbaniu o siebie usłyszę. I rzeczywiście. Nie pomyliłam się. Choć starałam się słuchać tego co ma Szalpuk do powiedzenia, nie pamiętam ani słowa z jego monologu.- Przykro mi, ale mój mózg nie może pozwolić mi na zaśnięcie póki nie zjem tego co chcę- wzruszyłam ramionami.- Także jeśli będziesz taki dobry i usuniesz mi się z drogi będę wdzięczna- uśmiechnęłam się krzywo.
- Poczekaj, zajedziemy po ten pieprzony sos- mruknął niezadowolony.
- Przecież mogę sobie zajść... Dobra!- uniosłam ręce w geście kapitulacji, widząc jak otwiera usta, by mi prawić kazania.- Tylko nie zaczynaj znów o gwałcicielach, złodziejach, poronieniu i wszystkim innym o czym muszę wysłuchiwać od ciebie w takich sytuacjach.
   Czekałam przy drzwiach niczym obrażona nastolatka, której nie chce pozwolić iść na imprezę ojciec. Gdy już dostałam pozwolenie na opuszczenie mieszkania w dalszym ciągu miała ofucałą minę. Atmosfery nie poprawiał fakt, że Artur też nie był do końca zadowolony z tego, że musi ze mną jeździć po sklepach. Pojechaliśmy do pierwszego otwartego, ale nie było w nim upragnionej rzeczy. I dlatego pojechaliśmy do drugiego supermarketu, a potem trzeciego i przyszła kolej na czwarty, ale też z marnym skutkiem. Aż szok, że tyle sklepów całodobowych było w Radomiu, nie licząc oczywiście monopolowych.
- Czy to musi być naprawdę naprawdę naprawdę ten?
- Taaaak!- powiedziałam, płaczliwym głosem.- Ten i żaden inny. Mówiłam ci, ż...
- Tak wiem! W ciąży już tak jest i kiedy twój żołądek domaga się czegoś konkretnego to gardzi wszystkim innym nawet daniami z restauracji Wojciecha Modesta Amaro- przerwał mi znudzony.
- No więc sam widzisz no!
- Może na stacji benzynowej będzie. Dobrze, że wzięliśmy ten słoik- mruknął pod nosem. Wyszliśmy z samochodu, kierując się do sympatycznie wyglądającej pracownicy stacji.
- Proszę niech mi pani powie, że ma pani dokładnie ten sos do spaghetti!- wręcz błagał kobietę Szalpuk wręczając jej słoik. Kasjerka wzięła go do ręki, przyglądając się nam podejrzliwie.
- Tak, jest- zapewniła go z nerwowym śmiechem po chwili.
- Dzięki Bogu, poproszę ze trzy słoiki.
Zaopatrzeni w pożądane produkty mogliśmy wrócić do domu. Kiedy przekroczyliśmy próg mieszkania dochodziła czwarta. Siatkarz położył reklamówkę na stole, a ja otworzyłam szafkę w celu zlokalizowania makaronu, ale mój wzrok natrafił na coś innego, a mianowicie pięknie prezentujący się słoiczek z masłem orzechowym. W ułamku sekundy porzuciłam marzenia o makaronie z sosem, na rzecz brązowego kremu.
- Ale co ty robisz?- zdziwił się mój współlokator.
- Kanapkę z masłem orzechowym- wzruszyłam ramionami.
- A spaghetti?
- Już nie mam ochoty- powiedziałam, czego chwilę później żałowałam. Twarz przyjmującego zrobiła się wpierw czerwona, potem fioletowa, a następnie purpurowa.
- Ty jesteś jakaś nienormalna! Idź się lecz!- stwierdził i tyle go widziałam. Trzasnął drzwiami od swojej sypialni i zapanowała cisza. O co mu chodziło?
***
Przepraszam, że tak późno, ale nie było mnie dzisiaj w domu, a po powrocie mój laptop stwierdził, że to dobry czas na przeprowadzenie aktualizacji, która trwała i trwała i trwała....
Myślałam, że nie zdążę, ale ból jak widać potęguje moją wenę więc macie dłuższy rozdział niż w zeszłym tygodniu <3
Do następnego <3

sobota, 5 marca 2016

Rozdział 9

- Otwieraj- zażądałam. Modliłam się w duchu, żeby to nie było jego dziecko. Mogło być każdego innego. Ale nie siatkarza i to nie takiego, który gra w reprezentacji. - I co?- ponagliłam go.
- Czekaj nie wiem gdzie to pisze...
- Nie, ja nie dam rady-stwierdziłam i wybiegłam z mieszkania.
- Tośka! No kurwa!- usłyszałam jeszcze. Nie zachowywałam się dorośle i odpowiedzialnie. Powinnam była tam zostać i wysłuchać "wyroku", ale tym wszystkim rządziły zbyt silne emocje, które przejęły kontrolę nad zachowaniem. Nie byłam w stanie stawić czoła sytuacji. Ważyły się moje losy. Miałam być wolna, a tymczasem wszystko prowadziło do tego, aby świat na nowo sobie o mnie przypomniał. Nie mogłam do tego dopuścić. Będąc już na zewnątrz budynku, rozglądnęłam się po osiedlu, czując, że ten świat jest dla mnie jednocześnie zbyt wielki, by się w nim odnaleźć, ale również zbyt mały by się w nim ukryć. Nie wiedząc co robić oparłam się o ścianę bloku i usiadłam na zimnym betonie. Po chwili drzwi od klatki ponownie się otworzyły.
- Tośka, co ty robisz?- usłyszałam wściekły głos Artura.
- Jak brzmi wyrok?- spytałam, nie patrząc na jego twarz. Nie odpowiedział mi. Westchnął i usiadł obok mnie. Przymknęłam oczy, starając się nie uronić ani jednej kropli łzy.- Powiedz to- zażądałam.
- Jestem ojcem- oznajmił bez emocji. A jednak... Do końca żywiłam nadzieję, że to nie on. Rzeczywistość zaśmiała mi się w twarz.Cóż za ironia losu...
- I co teraz?
- Dalej będziemy próbowali się nie pozabijać. Ale wracajmy do mieszkania bo się przeziębisz- zażądał. Wstał i chwycił mnie za rękę zmuszając do tego samego.
- O, dzień dobry!
- Dzień dobry pani Zagłębowska- odpowiedział Artur, ja tylko mruknęłam jakieś ciche powitanie pod nosem.
- Coś się stało?- spytała z uśmiechem, patrząc na nas. Posłałam jej nieufne spojrzenie. To był jedna z tych kobiet po czterdziestce, które zawsze ale to zawsze się do ciebie uśmiechały. Takie były dla mnie najbardziej podejrzane. Rozumiem być miłym i zadowolonym, ale bez przesady.
- Nie, dlaczego?
- Widać, że jesteście podenerwowani. A w pani stanie- zwróciła się do mnie- musi pani szczególnie na siebie uważać- powiedziała z uśmiechem, który miałam ochotę zedrzeć jej z twarzy.
-  Skąd pani wie?- spytałam, jednocześnie zwężając oczy w małe szparki.
- Jako nauczycielka biologii potrafię rozpoznać ciążowy brzuszek- zaśmiała się, a tymczasem ja w głowie dopracowywałam plan morderstwa.- Proszę o siebie dbać. Do widzenia- pożegnała się i po chwili straciliśmy ją z oczu.
- Czy ty to słyszałeś?- nie kryłam swojego oburzenia, kiedy szliśmy po schodach na nasze piętro.
- Ale co?- zdziwił się.
- Powiedziała mi tak po prostu, że jestem gruba!- syknęłam wściekła, otwierając drzwi do domu zbyt gwałtownie.
- Co?- zaśmiał się.- Powiedziała ci tylko, że widać ciążowy brzuch, ale przecież to wiadome, że prędzej, czy później by było go widać.
- Nie widać go jeszcze- pożaliłam się. Dobra może ostatnio i kupiłam spodnie o rozmiar większe, ale to nic nie znaczy!
- Co ty robisz?- spytał, widząc jak zaczynam ściągać spodnie, kierując się do swojego pokoju.
- Jak to co?- odwróciłam się do niego.- Udowodnię ci, że wcisnę się w stare dżinsy, a wtedy tobie i tej wrednej babie będzie po prostu głupio!- stwierdziłam pewnie i szybko poszłam poszukać odpowiedniej pary spodni.
- Tylko bez oszustw!- usłyszałam z salonu. Wzięłam głęboki wdech. Nie dość, że mnie obraził to jeszcze przy tym się świetnie bawił! Wcześniejsza histeria, a także napięta atmosfera związana z wynikami testu na ojcostwo, odeszła w zapomnienie. Teraz miałam ważniejsze zadanie. Z wielką pewnością siebie, zaczęłam zakładać spodnie, ale niestety. Materiał zatrzymał się przed biodrami i ani myślał ruszyć dalej. Pokręciłam z głową z niedowierzaniem. Z zaciśniętymi ustami próbowałam podciągnąć je jeszcze wyżej, ale ani drgnęły.
- I jak ci idzie?- dopytywał się Szalpuk.
- Nie poganiaj mnie, co?!- oburzyłam się. Siłowałam się i siłowałam, wciągałam brzuch, ale na nic się to nie zdało. Próbowałam założyć je nawet leżąc na łóżku, jednak oszukać prawdy się nie dało. Gdy postanowiłam się poddać, usłyszałam parsknięcie.
- I z czego tak rżysz?!- wściekła, patrzyłam z nienawiścią w oczach na siatkarza.
- Daj sobie spokój z tymi spodniami i zapomnijmy o sprawie- stwierdził wciąż się ze mnie śmiejąc. Mogłam sobie zaoszczędzić tego upokorzenia, ale oczywiście musiałam być uparta.- Idę na trening!- zawołał z korytarza, ale wciąż słyszałam jak się podśmiewuje pod nosem. Postanowiłam uwolnić się z przeklętych dżinsów, obiecując sobie w duchu, że jeszcze kiedyś dokonam zemsty.
***
Matura coraz bliżej w związku z tym nie będzie jakiś długich rozdziałów, chyba, że znajdę więcej czasu na co się zanosi ;/
Do soboty <3

sobota, 27 lutego 2016

Rozdział 8

    Jedyne co nam pozostało to czekać na wyniki badań. Jednak, żeby się ich doczekać musieliśmy się skupić na tym, żeby się nie pozabijać. A o to wcale nie było trudno.
- Tośka widziałaś gdzieś nutellę?- usłyszałam głos Szalpuka z kuchni i zamarłam. Ze strachem spojrzałam na dwa puste słoiki, leżące na stole, z czego jeden był po ogórkach kiszonych, a drugi po nutelli.- Tośka, pytam się ciebie coś?- ponownie się odezwał siatkarz. W panice zabrałam dowód zbrodni i zaczęłam z nim krążyć po salonie, myśląc gdzie by go tu schować. Kiedy do moich uszu dotarł dźwięk, kroków przyjmującego, nie pozostało mi nic innego jak schować słoik za kanapę.- Czy ty mnie słuchasz?- spytał.- I co ty tam robiłaś?- zdziwił się.
- Nic- odpowiedziałam za szybko. Była to jedna z najgorszych rzeczy jakie mogłam powiedzieć, bo zwykle zawsze równała się przyznaniu do winy.
- A to co to jest?!- podniósł łyżkę ze stołu, ubrudzonej zdradzieckim kremem. Skuliłam jak dziecko, które coś przeskrobało.- Mam patrzeć co chowałaś za kanapą?- popatrzył na mnie wyczekująco. W odpowiedzi tylko pokręciłam głową.- Kobieto, ja cię nie rozumiem! Pytałem się ciebie, czy ci nie kupić, ale nie!
- Aturek no tak mi wyszło nie chcący!- zaczęłam się bronić.
- Arturek?- powtórzył za mną i popatrzył jak na kosmitkę.
- A jak mam do ciebie ładnie powiedzieć, żebyś na mnie nie wrzeszczał? Pajacu? Skunksie? Kretynie?
- No, no, no! Tylko bez takich!- zaprotestował.
- Sam widzisz! Skąd miałam wiedzieć, że będę miała na nią chęć?
- Bo podobno każdy ma mózg. Właśnie, podobno- prychnął.
- Ty debilu- syknęłam i w jednej chwili przestałam być milusia.Wstałam z miękkiego siedzenia w rękach wciąż trzymając poduszkę. Mierzyłam Szalpuka nienawistnym spojrzeniem, podchodząc do niego powoli.- Że niby nie mam mózgu tak?- siła mojego spojrzenia sprawiła, ze siatkarz zdał sobie o zbliżającej się i wywołanej przez niego burzy. - Nie daruje ci!- krzyknęłam i zaczęłam go bić poduszką!
- Uspokój się wariatko!- próbował przemówić mi do rozsądku, ale jakbym była głucha na jego słowa.
- Kretynie! Idioto!- wymyślałam coraz to nowsze przezwiska. Koniec końców udało mu się zablokować moje ciosy i ograniczyć moje ruchy.- Puść mnie!- zażądałam, kiedy był -można powiedzieć przytulony- do moich pleców.
- To sobie daj na wstrzymanie!- gdzież ja bym odpuściła. Zaczęłam się wić i wyrywać. Trudno było mu mnie utrzymać. Nie wiem jak zawędrowaliśmy do kuchni. Udało mi się wyswobodzić rękę i praktycznie po omacku szukałam czegoś, nawet nie mam pojęcia czego. Natrafiłam na coś miękkiego i okrągłego. Chwyciłam i bez zastanowienia rozpłaszczyłam o głowę przyjmującego.
- Coś ty zrobiła?!- puścił mnie w jednej chwili. Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Po twarzy spływał mu sok z pomidora. Nie mogłam wytrzymać i buchnęłam śmiechem.- Takie to zabawne?- spytał, a ja pokiwałam głową, śmiejąc się w dalszym ciągu. Chłopak z wrednym uśmieszkiem wziął pomidora i zaczął się do mnie zbliżać.
- Szalpuk stój gdzie stoisz!- zażądałam, natychmiastowo przestając się śmiać. Ale on nic nie robił sobie z moich słów. Bez najmniejszego wysiłku "upiększył" moje włosy, a także pomalował twarz. Nie mogłam się nie odegrać... I tak w krzykach pomieszanych ze śmiechem, przez ręce przewijały się kolejne pomidory, a kiedy się skończyły w ruch poszły jajka. Nasze poczynania przerwał dzwonek do drzwi. Popatrzyliśmy po sobie i poszliśmy otworzyć. Siatkarz popatrzył przez wizjer i zaklął pod nosem. Wziął głęboki oddech i uchylił drzwi.
- Witam aspirant Grzegorz Troczek i Michał Wołacz. Dostaliśmy wezwanie, że z tego mieszkania dochodzą niepokojące odgłosy. Możemy wejść sprawdzić, czy wszystko w porządku?- siatkarz bez słowa wpuścił policjantów do mieszkania. Dopiero, będąc w korytarzu przyjrzeli nam się dokładnie.- O matko- wyrwało się jednemu.- Tym razem nie kotlet?- spytał, starając się ukryć uśmiech.
- Da pan wiarę, że rzucił we mnie pomidorem, a potem jajkiem?- poskarżyłam się.
- Sama zaczęłaś!- bronił się chłopak.
- Bo zasłużyłeś- tupnęłam nóżką niczym obrażona dziewczynka.
- Proszę państwa, my naprawdę wiele rozumiemy, ale proszę się trochę opanować, bo sąsiedzi myślą, że się chcecie pozabijać.
- Nie kuś pan- mruknęłam pod nosem.
- Ale skoro nikomu nic nie jest, to my już podziękujemy- pożegnali się i wyszli. Szybka wizyta.
- Koniec na dziś- zarządził przyjmujący, a ja nie protestowałam.- Idę pierwszy pod prysznic- oznajmił, ŚCIĄGAJĄC koszulkę. Dlaczego on mi to robił? Popatrzyłam tęsknie na to boskie ciałko, wyzywając się w myślach, że miałam okazję je dotykać, a praktycznie tego nie pamiętałam.
- Dlaczego ty?- oprzytomniałam.
- Bo tak- wzruszył ramionami.
- Na pewno nie! Pindrzysz się zawsze godzinę! Mi to zajmie krócej- uznając to za wystarczający argument ruszyłam do łazienki, ale Artur nie robił sobie nic z moich słów. W skutek czego pobiegliśmy pod prysznic.
- Pierwsza!- ucieszyłam się, kiedy to ja wygrałam "wyścig o kabinę prysznicową". Jednak chłopak jak gdyby nigdy nic wszedł do niej za mną.- Mogę wiedzieć, co ty robisz?
- Zapomnij, że zawsze wyjdzie na twoje. Masz dwie opcje albo kąpiesz się ze mną albo wychodzisz- uśmiechnął się cwaniacko.
- Dobra- stchórzyłam i wyszłam z łazienki, czekając grzecznie na swoją kolej.

   Czas mijał a u nas było względnie spokojnie. Mam na myśli spokój taki na jaki było nas stać. Innymi słowy policja nas nie odwiedziła.
- Gdzie jesteś?- w telefonie usłyszałam zdenerwowany głos Szalpuka.
- Wychodzę z pracy, a co?
- Przyszły wyniki...
- I?
- Nie otwierałem. Poczekaj pod restauracją, jestem już w drodze.
- Czekam- powiedziałam i rozłączyłam się.
- Myślałaś, że cię w końcu nie znajdę?
- Czego chcesz?- odwróciłam się w stronę Markusa.
- Wracamy do domu- pociągnął mnie za rękę w kierunku swojego samochodu.
- Zapomnij człowieku! Nie bądź śmieszny!
- Wiesz, że mi się nikt nie sprzeciwia. Wsiadaj albo...
- Albo co?
- Nie będę z tobą dyskutował- oznajmił i ponownie zaczął mnie szarpać. Nie mogłam się tym razem tak po prosu dać potraktować. Wyrywałam się, śmiejąc mu się przy tym w twarz. Wiedziałam, że swoim zachowaniem wnerwiam go jeszcze bardziej. W oddali usłyszałam trzask drzwi samochodowych, potem szybkie kroki. Po chwili zostałam uwolniona od napastnika, spojrzałam na swojego wybawcę, czując  ulgę, że to właśnie Szalpuk.
- Zostaw ją- zażądał bardzo spokojnie. Markus popatrzył na swojego rywala, a potem na mnie. Przekalkulował swoje szanse i odpuścił.
- Jeszcze się spotkamy- oznajmił i po chwili już go nie było.
- Nic ci się nie stało?- spytał siatkarz, a ja pokręciłam przecząco głową.- To chodźmy.
Droga powrotna była krótka, zbyt krótka i szczerze powiedziawszy pamiętam ja jak przez mgłę. Zdarzenie z przed restauracji odeszło szybko w zapomnienie, ponieważ myśli każdego z nas były przy białej kopercie, która czekała, żeby ją otworzyć.
- To co? Gotowa?- spytał siatkarz, trzymając w rękach papier.
- Otwieraj- zażądałam. Modliłam się w duchu, żeby to nie było jego dziecko. Mogło być każdego innego. Ale nie siatkarza i to takiego, który gra w reprezentacji. - I co?- ponagliłam go.

***
Muszę Wam to zrobić i dowiecie się za tydzień, czy modlitwy Tośki zostaną wysłuchane ;)
Dziękuje za komentarze pod ostatnim rozdziałem ;) Naprawdę cieszy mnie nawet jak ktoś napisze choć 1  słowo więc jestem wdzieczna za każdy komentarz ;)
Do następnej soboty <3

sobota, 20 lutego 2016

Rozdział 7

   Kolejna wieczność wypełniona ciszą. Cała ta niezręczna sytuacja sprawiła, że skrępowanie sparaliżowało całkowicie moje ciało. Moja dłoń wciąż spoczywała na drzwiach, a wzrok nieruchomo zatrzymał się na twarzy wściekłej blondynki.
- Co ja tu robię? Co ona tutaj robi?- wskazała na mnie ręką, co nieco mnie ocuciło i wycofałam się w głąb korytarza, a moje miejsce zajął Szalpuk.
- To nie takie proste- bronił się.
- A ja głupia na serio myślałam, że twoje zapewnienia są prawdziwe, że ona to jeden wielki błąd- w jej oczach powoli gromadziły się łzy. Nie mogłam na to patrzeć. Na paluszkach podreptałam do salonu, nie chcąc uczestniczyć w rozgrywającej się scenie, co wcale nie przeszkadzało mi w podsłuchiwaniu.
- Ola...
- Wielce się tłumaczyłeś, że alkohol, że nie wiedziałeś co robisz. I ja ci uwierzyłam. Właściwie nie wiem czego oczekiwałam. Wiesz po co tu przyszłam? Dać NAM drugą szansę. Ale długo po mnie nie płakałeś jak widać.
- Ola, zaczekaj!- siatkarz musiał wybiec za dziewczyną. Nie mogłam nie znać zakończenia. Podeszłam do drzwi i nasłuchiwałam.
- Ona nie ma gdzie pójść i,...
- Daruj sobie- przerwała mu.- Ja rozumiem pomoc, ale ona to nie był taki wielki błąd skoro pozwoliłeś jej u siebie mieszkać. Życzę szczęścia- prychnęła i zbiegła po klatce. Z powrotem pobiegłam na kanapę, gdyż nie uśmiechało mi się starcie twarzą w twarz z Arturem, którego pierwszy raz widziałam w takim stanie. Nie miałam zamiaru go dobijać. Czułam się jak piąte koło u wozu. Znowu... Fragment, który nie pasuje do całości. Element układanki, zakłócający harmonię i piękno całości. Przyjmujący dając upust swoim emocjom zamknął się w sypialni, wpierw trzaskając drzwiami. Wiedząc jaki mam na niego wpływ postanowiłam tym razem nie uprzykrzać mu życia tylko usunąć się, by mógł na spokojnie ochłonąć.
   Nie bardzo wiedziałam, gdzie się udać i druga sprawa nie miałam dokąd. Nie byłam osobą, która z kimkolwiek była w jakiejś dłuższej zażyłości. Przyjaźń to dla mnie pojęcie znane z książek, filmów bądź opowieści. Może to wydaje się niemożliwe aczkolwiek nie czułam nigdy potrzeby przebywania z jedną i tą samą osobą. Byłam typem samotnika, który podporządkowywał się własnym zasadom. Nikt nie mógł mi dyktować warunków. Tym sposobem życie było dla mnie niezwykle proste choć zdawałam sobie sprawę, że moje podejście raczej odstrasza niż przyciąga ludzi. Coś mi się podobało- robiłam to, stawało się uciążliwe- rzucałam. Ktoś mi się podobał- spotykałam się z nim, przestawał być dla mnie atrakcyjny- urywałam kontakt. I tak było praktycznie ze wszystkim. Ludziom ciężko przyznać, że taka obojętność uproszcza rzeczywistość. Świat sam jest sobie winien wielu cierpieniom, rozczarowaniom, przykrościom. Szuka skomplikowanych rozwiązań problemów, nie chcąc wierzyć, że odpowiedź na wszystko jest banalnie prosta. Wystarczyłoby tylko nie dopuszczać do głosu sumienia, poczucia winy, czy obowiązku. Jednakże wszystko odbywa się koszem czegoś. To co uprzykrza codzienność, również nadaje jej ciepłych barw. Radość nie istniałaby bez smutku, wygrana bez przegranej, prawda bez kłamstwa, miłość bez nienawiści. Osobiście wybrałam życie niezależne, zimne, piękne, wolne od zobowiązań, kompromisów i obietnic. Miało to swoje plusy jak i minusy. Jedni współczuli mi z powodu braku miłości, tej "magicznej" drugiej osoby, która uczyniłaby moją rzeczywistość pełniejszą, doskonalszą. Ja widziałam brak nieprzespanych nocy, brak kłótni, martwienia się, wątpliwości, rozczarowań, złamanego serca. Bywały momenty, kiedy było mi z tą "wygodą" ciężko. Nie miałam się komu zwierzać, musiałam zawsze liczyć tylko na siebie, ale ilekroć było mi z tego powodu przykro dochodziłam do racjonalnego dla mnie wniosku, że ostatecznie więcej jest plusów niż minusów.

   Do pracy na zmywaku byłam sceptycznie nastawiona. Zawsze mi się kojarzyła z poniżeniem. Jednak większą obelga byłoby dla pozostanie na utrzymaniu Szalpuka. Do tego dopuścić nie mogłam w żadnym wypadku. Dlatego cierpliwie myłam kolejne brudne naczynia, będąc wdzięczną, gdy ktoś karze mi obrać marchewkę. Jednak to zajęcie miało swój urok. Pracę na kuchni charakteryzował specyficzny klimat, który trudno obrać w słowa. Może i panami są tutaj hałas, krzątanina i pośpiech, ale gdy zaczynasz do tego przywykać potem pojawia się zafascynowanie, które prowadzi do miłości. I tak z dnia na dzień ten mały i być może prymitywny świat przyciągał mnie do siebie coraz bardziej. W końcu doszło też nawet do tego, że sama myśl o pracy sprawiała, że automatycznie się odprężałam. Przyglądałam się czynnościom kucharzy, podziwiając ich, tych którzy pierwszy raz w życiu  wzbudzili we mnie pragnienie stania się kimś innym.
   I tak też się stało, że obudziłam się którejś nocy, mając nieodpartą ochotę na smażonego kotleta. Identycznego, który spalił się w restauracji w wyniku czego ku mojemu łamiącemu się sercu musiał trafić do śmieci. Nigdy jakoś szczególnie za nimi nie przepadałam, ale ciąża potrafi zmienić nawet to. Starałam się o nim zapomnieć, ale tylko przewracałam się z boku na bok coraz intensywniej przywołując na myśl mięsko w panierce. Koniec końców skapitulowałam i poszłam do kuchni przygotować wymarzoną potrawę.
- Tośka co tak śmierdzi?- rozbudzony Szalpuk, zaspany i BEZ KOSZULKI przydreptał sprawdzić moje poczynania. Przełknęłam ślinę, nie mogąc oderwać wzroku od jego umięśnionego torsu. Nigdy nie widziałam go bez T-shirta stąd mój nieukrywany zachwyt.- Tośka!- krzyknął na mnie, sprawiając, że wróciłam na ziemię.- Możesz mi powiedzieć co ty robisz?- spytał siląc się na spokojny ton, ale wiedziałam, że to tylko cisza przed burzą.
- Mam ochotę na kotleta- wzruszyłam ramionami.
- Zdejmij go z tej patelni!
- Ale ja mam chęć na spalonego!
- Przecież jest już przypalony, w całym domu śmierdzi!
- Nie jest WYSTARCZAJĄCO przypalony!- broniłam się. Siatkarz bez słowa podszedł i wyłączył gaz.- Odczep się od mojego kotleta!- tupnęłam nogą niczym mała, obrażona dziewczynka, zamierzając wrócić do swoich czynności, co uniemożliwił mi gospodarz.
- Czy ty masz jakieś niedojebanie mózgowe?
- Sam masz niedojebanie mózgowe! Najlepiej podaj mi swój numer KRS to ci zapisze 1% !
- To nie ja chcę spalić mieszkanie, bo mi się zachciało spalonego kotleta!
- Nie chciałam spalić mieszkania tylko kotleta, czy to tak ciężko zrozumieć?!
Po kolejnych pięciu minutach kłótni o jednego i tego samego kotleta usłyszeliśmy dzwonek do drzwi.
- Widzisz co narobiłaś? Pewnie sąsiedzi?
- Nie zwalaj winy na mnie- warknęłam. Szalpuk poszedł otworzyć, a moja wrodzona wścibskość nie pozwoliła mi na zostanie w kuchni.
- Dzień dobry, aspirant Grzegorz Troczek i Michał Wołacz, czy pan jest właścicielem mieszkania?
- Tak, o co chodzi?
- Dostaliśmy donos o zakłóceniu ciszy nocnej i rzeczywiście, postaliśmy troszeczkę pod drzwiami, państwa kłótnie słychać na całej klatce.
- Strasznie przepraszamy- podrapał się po głowie przyjmujący.
- A czy z panią wszystko w porządku?- policjant zwrócił się do mnie.- Czy nie dzieje się pani krzywda?
- Jaka krzywda?- zdziwił się Szalpuk.
- Proszę się uspokoić, nie z panem rozmawiam.
- Pewnie, że mi się dzieje!- oburzyłam się.- Niech pan sobie wyobrazi, że jestem w ciąży- zaczęłam mocno gestykulować- i on nie chce mi dać zjeść kotleta!
- Bo chcesz spalić nam mieszkanie!
- Nie mieszkanie tylko kotleta głąbie!
- Proszę państwa! Proszę przede wszystkim opanować emocje. Mogę skończyć na pouczeniu jeśli obiecacie państwo, że zachowacie już spokój.
- Oczywiście, dziękujemy bardzo- Artur pożegnał naszych "gości" i zostaliśmy sami.- Widzisz co narobiłaś? Z resztą nieważne- powiedział, widząc jak otwieram usta, by zacząć kontratak.- Zjedz tego kotleta i spokój.
Oboje skierowaliśmy się do kuchni. Szalpuk pił spokojnie sok z kartonu, a mną ponownie zaczęły rządzić emocje. Pociągnęłam nosem raz, drugi, trzeci, próbując zapanować nad łzami gromadzącymi się w moich oczach.
- Co zaś? Co się stało?- spytał łagodnie.
- Mój kotlet jest zimny- poskarżyłam się, co kompletnie załamało przyjmującego. Życie z kobietą w ciąże bywa ciężkie.

   Dziś miała się odbyć nasza wizyta u ginekologa. Od samego rana pociły mi się ręce. Mimo, że zapewniano mnie o nieszkodliwości zabiegu, byłam przerażona. Nie odgryzałam się nawet Szalpukowi, kiedy mi docinał i perfidnie wykorzystywał moją niemoc, aż do samego wejścia do gabinetu.
- Pani Antonina W...
- Jestem- przerwałam asystentce, podnosząc się z krzesła i kierując do gabinetu. Siatkarz podążył za mną i niedługo po tym leżałam na łóżku, przygotowana do zabiegu.
- Proszę się nie denerwować, w Pani stanie to nie wskazane- zganiła mnie doktorka.
- Niech Pan weźmie wybrankę za rękę, na pewno jej to pomoże- uśmiechnęła się do chłopaka. Był skrępowany, z resztą ja też. Po chwili wahania, chwycił mnie za dłoń, próbując dodać otuchy. Popatrzyłam mu niepewnie w oczy, kompletnie nieruchomiejąc pod wpływem jego intensywnego spojrzenia. Czułam się odsłonięta, ale nie potrafiłam odwrócić wzroku.
- I po wszystkim- usłyszałam wesoły głos lekarki.- Co nie było tak źle co?- zaśmiała się.
- I to już?- zdziwiłam się.
- Tak, tak. Jeszcze tylko od pana poproszę próbkę DNA i wyniki będą do dwóch tygodni.
Po pięciu minutach wychodziliśmy z kliniki, kierując się do samochodu.
- Możesz tak nie trzaskać tymi drzwiami?- syknął na mnie, gdy ledwo zdążyłam wsiąść do auta.
- Człowieku daj se siana na dzisiaj co?!- trafił na złą porę już nie byłam przestraszona. Organizm stwierdził, że nadszedł czas na wkurwienie. Owocem tego była kłótnia ciągnąca się przez całe miasto. To poniosło z sobą kolejne konsekwencje- zatrzymała nas policja.
- Witam, Paweł Jarmundowicz, przyczyną zatrzymania jest przekroczenie prędkości.
- Przepraszam, pierwszy raz mi się to zdarzyło- przyznał.
- A cóż takiego się stało?
- Trochę się posprzeczaliśmy i tyle- powiedział zgodnie z prawdą.- Jest w ciąży i nie potrafi się opanować- poskarżył się. Policjant popatrzył na niego, wyraźnie już się wahając, czy powinien go ukarać. O, nie! Żadnej solidarności! Przez cały dzień się nade mną znęcał i teraz jeszcze miało mu wszystko ujść płazem? Na pewno nie!
- Niech go pan nie słucha. Nie jestem w żadnej ciąży. Po prostu jeździ jak wariat i każdemu wciska jakiś kit. Niech mu pan wlepi mandat!- mówiłam pewnie. Szalpuk popatrzył na mnie jak na wariatkę, a ja tylko niewinnie wzruszyłam ramionami. Chciał wojny, to niech ją ma.
- 800 zł i 8 punktów karnych- oznajmił chłodno, nie słuchając już tłumaczeń blondyna. Gdy policjant puścił nas wolno, uśmiechnęłam się z triumfem.
- Dziękuje ci bardzo.
- Nie było się na mnie wyżywać cały dzień- oznajmiłam krótko. Może i nie chciał dać satysfakcji, ale zaciśnięte dłonie na kierownicy mówiły same przez siebie. Pozostało nam tylko czekać na wyniki badań.

***
Jednak udało mi się wyrobić :) Przepraszam za błędy, ale już nie mam czasu sprawdzać :) Muszę pędzić do rodzinki, którą zostawiłam za ścianą, żeby napisać rozdział :)
Witam nowe czytelniczki <3
Cytrynową znam nie od dziś, mam nadzieję, że ten blog jak i poprzednie również ci się spodobają :)
A także Leah <3 Kochana takie długie komentarze w żaden sposób mnie nie obrażają, a jedynie motywują jeszcze bardziej :)